
ojczyznę ze swoim 2-letnim synkiem. Fot. Bogdan Myśliwiec
29-letnia Anastazja do 4 marca mieszkała w Zaporożu. Niecałe trzy miesiące temu została mamą bliźniaków. Wcześniej zawodowo tańczyła. Zawodowo tańczył także jej mąż. Utalentowana para ma na swoim koncie wiele występów w swojej ojczyźnie i poza granicami. Ich świat zawalił się 24 lutego, gdy na Zaporoże spadły pierwsze bomby. Tych kilku dni spędzonych z niemowlętami w schronie pod garażem młoda mama nigdy nie zapomni.
To nie była łatwa decyzja dla Anastazji. Zostać z mężem w Zaporożu? Czy uciekać z niemowlętami w nieznane? Gdy 29-latka wraca w myślach do dnia, w którym musiała podjąć jedną z najważniejszych decyzji w życiu, jej usta drżą, głos się łamie, a do oczu napływają łzy. Życie dzieci było dla niej i dla jej męża najważniejsze.
Myśleliśmy, że trzasnęły drzwi
– 24 lutego spałam z dziećmi w jednym pokoju, a mąż w drugim. Usłyszałam huk. Zbudziłam się. Nie wiedziałam, co się dzieje. Poszłam do niego, ale on także był zaskoczony hałasem. Chwilę później, ten sam huk usłyszeliśmy jeszcze raz. Myśleliśmy, że to przeciąg, że to może trzasnęły drzwi. Potem za oknem wypatrzyliśmy kłęby dymu. Nadal nie było pewności, co się dzieje. Ale gdy zaczęliśmy sprawdzać w telefonach informacje, zobaczyliśmy, że wybuchła wojna… – opowiada Anastazja, która od 8 marca przebywa w Tarnobrzegu. – Wśród miast, w których miały nastąpić bombardowania, było także Zaporoże. To był szok. To było tak niewyobrażalne, że trudno było to w ogóle ogarnąć rozumem. W mieście zaczęły wyć syreny.
Anastazja z dwójką bliźniąt i resztą rodziny schowali się pod garażem. To miejsce stało się ich azylem, który miał ich chronić przed bombami, ale nie przed mrozem i głodem. Niespełna trzymiesięczne niemowlęta potrzebowały przecież ciepłych, bezpiecznych warunków do spania i karmienia.
– Było nam zimno. Nie paliliśmy światła, żeby nie stać się widoczni. Staraliśmy się stamtąd nie wychodzić, a jeśli już to tylko po najpotrzebniejsze rzeczy. Nie dało się tak jednak żyć. Nie mogłam wykąpać dzieci, nie miałam ich nawet za bardzo gdzie przewinąć, pielęgnować – wspomina Anastazja. – Nad głowami słychać było przelatujące samoloty i wystrzały. Siedzieliśmy tam skuleni i przerażeni. Modliliśmy się, aby nie zginąć… Z dnia na dzień nasze życie zamieniło się w koszmar. A my trwożyliśmy się o to, czy przeżyjemy kolejną godzinę, kolejny dzień.
Pociągi życia pełne łez i strachu
Anastazja i jej mąż podjęli decyzję, że muszą się rozstać dla dobra niemowląt. Ostatni pocałunek. Ostatnie przytulenie. Błogosławieństwo. I obietnica, że wrócą jak tylko będzie taka możliwość. Zapewnienia, że „wszystko będzie dobrze”… 29-latka z bliźniętami na rękach, swoją mamą, teściową, szwagierką i jej niespełna 2-letnim synkiem spakowały najważniejsze rzeczy i wsiadły do pociągu kierującemu się do Polski. Polski, nad której niebem nie latają bombowce.
– Modliliśmy się całą drogę, aby bezpiecznie dojechać do granicy. Pociąg był wypełniony do ostatniego miejsca. Dosłownie człowiek siedział na człowieku. Żeby przejść korytarzem, trzeba było przechodzić nad głowami tych, którzy siedzieli skuleni na podłodze. My siedzieliśmy w przedziale, miałyśmy trochę lepsze warunki, ale atmosfera panująca w pociągu była przygnębiająca. Podróżowali nim ludzie, ale i rozpacz, strach, przerażenie, niepewność. Ogrom emocji pomnożony przez setki osób, które jechały w nieznane, zostawiały wszystko co znały, swoje rodziny, domy, pracę. Wszystko – wspomina Anastazja.
Gdy dojechaliśmy do granicy, poczułyśmy wielką ulgę. Ale nie miałyśmy żadnego planu, co robić dalej. Wówczas anioły zesłały nam autobus, którym najpierw dojechałyśmy do Krakowa. Stamtąd trafiłyśmy do Tarnobrzega. Do pana Darka Chmielowca.
Dariusz Chmielowiec to choreograf, twórca Formacji Tanecznej Fram. Postać, której nie tylko w Tarnobrzegu, ale i w ogólnopolskim świecie tanecznym nie trzeba nikomu przedstawiać. Wychował kilka pokoleń tancerzy, którzy od lat odnoszą sukcesy na scenie i uczą kolejne pokolenia życia tanecznym krokiem.
– Znam tysiące Ukraińców. Od lat jeździłem tam z Framem na wymiany. Oni przyjeżdżali do nas. Od początku wojny z wieloma z nich jestem w stałym kontakcie. Anastazja była w Polsce na naszych obozach tanecznych w Brzozowie. Wiedziałem, że całemu światu nie pomogę, ale jej mogę. Zrobiłem po prostu to, co należało.
Anastazja i jej najbliżsi zamieszkali w Wozowni. W miejscu, gdzie znajdowało się biuro Darka Chmielowca i kawiarenka dla rodziców czekających w czasie zajęć na swoje pociechy. W kilka dni udało się tu zorganizować dwa pokoje dla czterech dorosłych kobiet i trójki dzieci.
Anastazja ze swojego ukraińskiego tanecznego świata trafiła do polskiego. Na ścianach prowizorycznego pokoju wiszą fotografie z występów Framu, bezpośrednio pod jej nowym mieszkaniem, znajduje się scena i garderoby. 29-latka tańczy. Zachwyca talentem. Prowadzi kilka godzin zajęć tygodniowo. Mówi po angielsku, jest świetna metodycznie. Mimo ogromu tragicznych przeżyć, na scenie odżywa jej radość, oczy błyszczą, a z twarzy nie znika uśmiech.
Gdy tańczę jestem szczęśliwa
– Gdy tańczę jestem szczęśliwa. Mój mąż też stara się prowadzić lekcje przez internet. Taniec to nasza pasja, nasze życie. Jestem bardzo wdzięczna za to, że mogę teraz tańczyć. To pozwala oderwać myśli od tego wszystkiego co się dzieje. Nie mogłam trafić do lepszego miejsca – mówi wzruszona Anastazja. – Nie wiemy z mężem, co zrobimy po wojnie. Nasze mamy chcą wrócić do domu. Są tu zresztą tylko z powodu wnucząt, gdyby nie one, nie opuściłyby Ukrainy. My myślimy o różnych scenariuszach. Jeździliśmy trochę z zespołem po świecie. Byliśmy w Hiszpanii, we Francji. W Polsce także tańczyłam już wcześniej. Może poszukamy szczęścia gdzieś w świecie. Na razie najważniejsze jest dla nas, aby skończyła się wojna. Na marzenia i plany przyjdzie czas. Na razie, najważniejsze to znowu być razem. Gdziekolwiek, ale razem.
Małgorzata Rokoszewska



7 Responses to "Z niemowlętami na rękach uciekła przed bombami"