
Gdy Stallone zdecydował się stworzyć „Rocky’ego Balboę”, miał 60 lat na karku. Energii mu jednak nie brakowało, więc postanowił napisać scenariusz, osobiście wyreżyserować produkcję, no i oczywiście zagrać główną rolę. Wciąż priorytetem był dla niego realizm, stąd ani jedna klatka filmu nie została nakręcona w studiu, a walka, którą stoczył z prawdziwym mistrzem wagi półciężkiej, nie była udawana…
– Rocky jest dla mnie jak brat. Bycie częścią tego projektu to coś nieprawdopodobnego – podkreślał Sylwester Stallone w „Variety”. – Rok przed angażem pracowałem jako bileter, zarabiając 35 dolarów tygodniowo. Za rolę w pierwszej części zarobiłem 2,5 miliona dolarów.
To ona otworzyła mu drzwi do hollywoodzkiej kariery. Nieznany wtedy muskularny brunet przebojem wkroczył w 1976 r. na filmowe salony. Równo 30 lat później, po pięciu odsłonach produkcji, gwiazdor postanowił zamknąć kultową sagę. Jego 50-letni już bohater, miał wrócić na ring, by stoczyć walkę z aktualnym mistrzem świata w boksie….
Walka o realizm
Stallone nadzorował wszystkie działania. Sam też dobierał obsadę. – Nie chciałem na ekranie twarzy znanych z tuzina innych filmów – tłumaczył. – Kiedy sięgasz po znane twarze, wyrzekasz się realizmu.
A na tym szczególnie mu zależało. Dlatego też zdecydował się zatrudnić do roli swego filmowego przeciwnika – Dixona, prawdziwego boksera – Antonio Tarvera, mistrza wagi półciężkiej. – Skoro decydujesz się na ostatnie w życiu wyjście na ring, to czemu nie kończyć kariery pojedynkiem z prawdziwym mistrzem, kimś, kogo nie trzeba będzie uczyć bokserskiej choreografii? Antonio potrafi walczyć i ma sporą praktykę w zadawaniu ciosów – argumentował Stallone.
Już na początku postawiono przed bokserem wyzwanie, by… przytył 20 kg. Konieczne było to do zmiany kategorii wagowej. Szybko przekonał się też, że zadawanie ciosów dla potrzeb filmu nieco się różni od „zwykłej” sportowej rywalizacji. – To facet, który ma na koncie 30 zwycięstw przez nokaut. Ale musiał na nowo nauczyć się poruszania w ringu, by każdym gestem podkreślać dramatyzm sytuacji. I to w sytuacji, kiedy Sly podczas próby mógł zostać odwołany do innych licznych swoich obowiązków – wspominał Guy Reidel, producent.
Do współpracy przy filmie włączyły się także gwiazdy boksu: Joe Frazier oraz Mike Tyson. Aby dodać autentyzmu zatrudniono nawet rzeczywistych komentatorów: Jima Lampleya, Larry’ego Merchanta i Maksa Kellermana. Także konferansjer był prawdziwy. Wystąpił tu znany ze zwrotu „Let’s get ready to rumble!” – Michael Buffer.
Realizm wygrał i podczas poszukiwań miejsca walki między Rockym i Dixonem. Starcie musiało być nagrane na początku zdjęć ze względu na optymalną formę Stallone’a, który podczas dalszych prac nad filmem nie miałby czasu na treningi.
Robota na ostro
Wynajęcie sali widowiskowej okazało się nie lada problemem. Wszędzie były rezerwacje. Szczęśliwie telewizja HBO planowała bokserską galę z udziałem Bernarda Hopkinsa i Germaine’a Taylora w Las Vegas. Reżyserowi wpadł do głowy śmiały pomysł, by wykorzystać zebraną wtedy publiczność i zyskać atrakcyjną lokalizację. Negocjacje z organizatorami gali były burzliwe, ale owocne. Filmowcy musieli jednak o 2 tygodnie przyśpieszyć zdjęcia, co wiązało się z gorączkowymi przygotowaniami. Udało się jednak.
– Kręciliśmy zdjęcia w trakcie autentycznego wydarzenia sportowego, w trakcie prawdziwego ważenia, konferencji prasowej – opowiadał Sylwester Stallone. – Kiedy kończyły się punkty programu przewidziane przez HBO, na ich miejsce wchodzili nasi ludzie i natychmiast robiliśmy dokrętki. To była ostra robota!
60-letni Rocky zrobił ogromne wrażenie podczas ważenia, kiedy to odsłonił efekty intensywnych treningów. – Wszyscy byliśmy zaskoczeni – opowiadał producent Charles Winkler. – Wyglądał wspaniale. Nagle wszyscy poczuliśmy, że jeśli będziemy się tak przykładać do swojej roboty jak on, powstanie wspaniały film.
Nie było mowy o zaplanowanej choreografii ruchów czy markowaniu razów. To miał być prawdziwy pojedynek, ale bez złośliwych ciosów. – Ustawiliśmy cztery kamery i wyszliśmy na ring – wspominał Stallone. – Najtrudniejsze było przekonanie Antonio, by nie markował ciosów. Udało się. Jego ciosy były bolesne, ale nie rzucały na deski.
Niezwykłe wrażenie zrobił też krzyk prawdziwych przecież kibiców. Gdy Sylwester Stallone pojawił się na ringu wznosząc ramiona, z 14 tysięcy gardeł wydobyło się gromkie „Rocky! Rocky! Rocky!”. – Krzyczeli głośniej niż podczas wcześniejszej walki – stwierdził producent William Chartoff.
Jak podkreślał Charles Winkler: – Sly to facet, który doprowadził filmowanie boksu do perfekcji, która dziś stała się czymś zwyczajnym. Doszedł do tego w pięciu poprzednich filmach. A teraz uznał, że jeszcze czegoś innego. I pokazał to całkiem inaczej.
Zatarcie granic
Wyzwaniem realizacyjnym były także sceny w prawdziwej fabryce mięsa w Kalifornii. Nie było możliwości, by na potrzeby filmu przerwała ona produkcję. – Musieliśmy pracować obok nich – tłumaczył Sylwester Stallone. – To były bardzo trudne zdjęcia, zważywszy na otoczenie i panującą tam temperaturę. W dodatku musieliśmy zachować wszelkie obowiązujące w pakowalni mięsa reżimy, ale szczęśliwie wszystko poszło znakomicie.
Niespodziewanie plan odwiedził inny, muskularny gwiazdor kina akcji – Arnold Schwarzenegger. Nie była to jednak tylko wizyta u kolegi po fachu, zjawił się bowiem jako gubernator Kalifornii, by osobiście podziękować Stallone’owi za wspieranie przemysłu filmowego w tej części USA.
Rocky musiał, rzecz jasna, pojawić się także w Filadelfii, gdzie wszystko się zaczęło. Odwiedzić ważne miejsca dla jego historii. Wizyta ekipy i słynnego aktora spotkała się z ogromnym entuzjazmem – nie tylko mieszkańców miasta. Gdy rozniosły się wieści o realizacji tu kolejnej części hitu, do Filadelfii zaczęli zjeżdżać fani zarówno z USA, jak i Europy. Wielbiciele legendarnej produkcji byli niemal wszędzie.
– Ci ludzie nie wołali Sylvestra Stallone, ale Rocky’ego! Doszło do zatarcia granicy między dwoma osobowościami – dziwił się odtwórca głównej roli.
Prawdziwe tłumy oglądały scenę, która „musiała” zagościć w scenariuszu, gdy Rocky znów wspinał się na szczyt wielkich schodów „Philadelphia Museum of Art”. Twórcom marzyło się, by podczas tego ujęcia padał śnieg. Aura jednak nie wskazywała na opady. Stąd zaskoczeniem było, że w chwili, gdy włączono kamerę… pojawiły się nagle białe płatki. – Ruszyłem więc z psem na schody, a kiedy dobiegliśmy na górę, przestało padać. Szczyt schodów pokryty był białym puchem – wspominał pamiętną scenę Sylwester Stallone. – Kiedy tam dobiegałem, pomyślałem, że tak właśnie kończy się moja 30-letnia podróż: oto zrobiłem wszystko, co miałem zrobić. I kończę to właśnie tam, w śniegu, na schodach w Filadelfii…
anja


