Na życie targają się już kilkulatki

Podkarpacie ma jeden z najniższych wskaźników liczby psychiatrów dziecięcych na 100 tys. mieszkańców, bo tylko 0,7. Według rekomendacji konsultanta krajowego, wskaźnik powinien wynosić 2,. A zamiast 9 powinno ich być 30. Fot. Archiwum

W związku z brakiem wolnych miejsc w Klinicznym Oddziale Psychiatrycznym dla Dzieci i Młodzieży, działającym w strukturach Centrum Medycznego w Łańcucie, do odwołania wstrzymane zostają przyjęcia na oddział, a także konsultacje psychiatryczne. Musieliśmy wstrzymać przyjęcia, by „zejść” z materacy, na których byliśmy zmuszeni kłaść dzieci – mówi Łukasz Wais, prezes CM
w Łańcucie. – Teraz na 24 łóżkach mamy 33 pacjentów, w szczytowym okresie było ich nawet ponad 40.

Właśnie o przepełnionych oddziałach i fali prób samobójczych wśród nieletnich rozmawiali we wtorek posłowie. Tylko w 2021 roku nieletni podjęli blisko 1500 prób samobójczych. Aż 127 targnęło się na swoje życie skutecznie. To odpowiednio o 77 proc. więcej zachowań samobójczych i 19 proc. więcej śmierci samobójczych. Niepokoją zwłaszcza statystyki odnoszące się do dziewczynek. W minionym roku targnęły się na swoje życie aż 1086 razy. To wzrost aż o 101 proc. w stosunku do 2020 r. Na Podkarpaciu policja zarejestrowała aż 54 przypadki targnięć się na życie. Dziewięć z nich niestety zakończyło się śmiercią. To trzy razy więcej, niż rok wcześniej. Warto jednak podkreslić, że „dane policji pokazują tylko te próby oraz śmierci samobójcze, o których zostały powiadomione organy ścigania. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na każdą odnotowaną w oficjalnych rejestrach śmierć samobójczą młodej osoby, przypada od 100 do 200 prób. Jeśli założymy, że współczynnik ten jest adekwatny do Polski, to próbę odebrania sobie życia w ubiegłym roku podjęłoby od 12 700 do 25 400 osób poniżej 18. roku życia” – czytamy w raporcie serwisu „Życie jest warte rozmowy”.

Jedyny oddział non stop zapełniony po brzegi

Gro pacjentów łańcuckiego oddziału, to osoby 8-11-letnie i wzwyż. Najmłodszy pacjent miał 6 lat. – Mieliśmy też nastoletnią pacjentkę, po bardzo poważnej próbie samobójczej, która była już kwalifikowana do przeszczepu wątroby – mówi Małgorzata Pruchnik-Surówka, kierownik oddziału.
Jedyny oddział psychiatryczny dla dzieci w regionie ma 24 łóżka, w ciągu ubiegłego roku przyjął 452 pacjentów, o 170 więcej, niż rok wcześniej. 90 z nich po próbach samobójczych. Łańcut nie ma możliwości, by zwiększyć liczbę łóżek. – Oddział mieści się w odrębnym budynku, nie mamy gdzie wstawić dodatkowych łóżek. Nie pozwala nam na to także liczba personelu. Lekarzy psychiatrów dziecięcych po prostu nie ma. Na Podkarpaciu jest dziewięciu. Każdego znamy z imienia i nazwiska, z każdym współpracowaliśmy. Nie ma nikogo więcej – mówi Łukasz Wais.
Dlatego właśnie oddział wstrzymał przyjęcia. Pacjenci leżą teraz na dostawionych łóżkach w salach. Na czteroosobowej sali stoi sześć łóżek. W dwuosobowej są cztery. Bywało już tak, że łóżka się już nie mieściły, a kogoś trzeba było pilnie przyjąć, więc pracownicy rozkładali materac na podłodze. – Byliśmy jak tykająca przy uchu bomba zegarowa. Lekarze żyli w ciągłym stresie, że prędzej czy później któryś pacjent popełni samobójstwo na oddziale, bo to fizycznie niemożliwe, żeby wszystkimi odpowiednio się zaopiekować i wyeliminować takie niebezpieczeństwo – zaznacza prezes Wais. Od 1 kwietnia chcemy pełnić rolę ośrodka III poziomu i przyjmować tylko najtrudniejsze przypadki. Codziennie prowadzimy wideokonferencje z poradniami zdrowia psychicznego I poziomu zabezpieczenia i oddziałami dziennymi (dwa w regionie), kiedy mają do nas wysyłać dzieci – mówi prezes. I dodaje, że mają zgodę dyrektora Podkarpackiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ, by świadczenia dotyczące konsultacji psychiatrycznych oraz hospitalizacji młodzieży od 16 do 18 lat, były udzielane w oddziałach psychiatrycznych dla dorosłych.

Wszystkiemu winna pandemia

Zły stan psychiczny dzieci, to efekt izolacji młodzieży od naturalnego środowiska rówieśniczego. Często nasi pacjenci mówią, że u nas jest fajnie i wolą zostać na oddziale, niż wracać do domu. Czy to nie dramatyczne? Wygląda na to, że rodzice już sobie nie radzą, bo opieka nad nastolatkiem spadła całkowicie na nich. Wcześniej rozkładała się na szkołę, na pedagogów i psychologów. Teraz zostało to bardzo ograniczone – tłumaczy Małgorzata Pruchnik-Surówka.
Całe życie nastolatków przeniosło się więc do sieci. – A tam, dzieją się różne rzeczy, także bardzo negatywne. Młodzi ludzie przestają żyć w prawdziwym świecie. A rodzice nie są w stanie limitować im internetu, egzekwować tego, bo dzieci nie mają żadnych innych aktywności na zewnątrz. Dla rodziców to też wygodniejsze niż zorganizowanie im czasu. Więc siedzą – mówi Małgorzata Pruchnik-Surówka.

Anna Moraniec