Zatem Francuzi w minioną niedzielę zagłosowali w wyborach prezydenckich i obyło się bez niespodzianek. Choć bowiem kandydujących do fotela najważniejszej osoby we Francji było aż 12, liczyło się tak naprawdę tylko troje. Mowa rzecz jasna o ubiegającym się o reelekcję Emmanuelu Macronie, skrajnie prawicowej szefowej Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, oraz socjaliście reprezentującym Francję Nieujarzmioną – Jean-Lucu Melenchonie. Już wiadomo, że w II turze wyborów spotkają się Macron i Le Pen – co było raczej do przewidzenia. Natomiast nie do końca do przewidzenia jest wynik w II turze, która odbędzie się 24 kwietnia. Według prognoz Harris Interactive-Toluna, w II turze wyborów aktualny prezydent pokona Le Pen, zdobywając 51,5 proc. głosów. Z kolei z sondażu ośrodka Elabe wynika, że na Macrona w II turze zagłosuje 51 proc. Francuzów, zapewniając mu w ten sposób zwycięstwo. Jak będzie, przekonamy się za niecałe dwa tygodnie, ale wybory we Francji są – i nic w tym dziwnego – języczkiem u wagi w oczach całego niemal świata, a już na pewno w oczach Europy. Nie tylko dlatego, że Francja sprawuje aktualnie prezydencję w Radzie Europy, ale także – a może przede wszystkim – dlatego, że nadal trwa niczym nieuzasadniony, brutalny i krwawy atak Rosji na Ukrainę. Kontrkandydatka Macrona w wyborach, Marine Le Pen, to zwolenniczka sojuszu Francji z Rosją „w dziedzinie europejskiego bezpieczeństwa, walki z terroryzmem i rozwiązywania międzynarodowych problemów w różnych regionach świata”. Co prawda, szefowa Zjednoczenia Narodowego kilka dni przed I turą wyborów prezydenckich wyjaśniała w wywiadzie dla największej francuskiej sieci telewizyjnej TF1, że jej program wyborczy opracowany został przed rosyjską inwazją na Ukrainę. Przypominała też, że potępiła ona inwazję dodając, że kiedy powstawał jej program wyborczy, były „inne czasy” i dlatego propozycja sojuszu z Rosją w tym programie się znalazła. Rzecz cała w tym, że choć jak zauważyła Le Pen, czasy i sytuacja się zmieniły, to jej program wyborczy bynajmniej nie uległ zmianie – na jej oficjalnych stronach internetowych nadal widnieją jej deklaracje o chęci tworzenia z Rosją wspomnianego sojuszu. Ze swą sympatią dla Putina i Rosji Le Pen wpisuje się w taki sam obraz antyeuropejskich i antydemokratycznych polityków w Europie jaki stworzył Victor Orban, który niedawno – niestety – wygrał po raz kolejny wybory na Węgrzech. Orban przez lata był gloryfikowany przez PiS, które przedstawiało go także w mediach rządowych jako wielkiego patriotę, męża stanu i przyjaciela Polski. Teraz, gdy Orban hamuje unijne sankcje wobec Rosji, te głosy nieco przycichły, ale nikt nie uwierzy, że polska władza dążąca do dyktatury już nie „kocha” węgierskiego autokraty, na którym się wszak wzoruje. Tymczasem polski premier Mateusz Morawiecki na krótko przed I turą wyborów prezydenckich we Francji pozwolił sobie na krytykę proeuropejskiego prezydenta Macrona za to, że ten przeprowadził liczne rozmowy z Władimirem Putinem w sprawie rosyjskiego ataku na Ukrainę, które nic nie dały. Mateusz Morawiecki zapewne chciał tym „zabłysnąć”, ale wyszło jak zawsze – czyli słabo, bo krytykując Macrona, siłą rzeczy polski premier wsparł Le Pen. Oczywiście, ze zdaniem polskiego premiera społeczeństwo Francji liczy się zapewne o tyle o ile, ale – jak niemal zawsze – aktualna polska władza musiała się negatywnie wyróżnić. Ta władza nie życzy zwycięstwa Macronowi – to pewne, zatem życzy go Le Pen – polityczce skrajnie prawicowej. A demokraci w Polsce trzymają kciuki za prezydenta Macrona. Oby Francuzi nie zrobili z Paryża drugiego Budapesztu…
Redaktor Monika Kamińska


