Rząd zafundował nam drożyznę

Zanim Rosja napadła na Ukrainę, nasza władza przekonywała nas, że systematyczny wzrost cen to wina pandemii covid-19, a rząd robi co może, żeby Polakom żyło się dostatniej i lepiej. Teraz szalejąca drożyzna ma być według rządzących winą Putina. A prawda jest taka, że ceny, które płacimy za: jedzenie, usługi, media, sprzęty i ubrania zafundował nam rząd Zjednoczonej Prawicy i inni politycy związani z PiS i Solidarną Polską.

Choćby nie wiem jakim fanem i miłośnikiem PiS-u ktoś był, przyznać musi, że jest drogo, coraz drożej. Kiedyś za 100 złotych można było kupić cały wózek „spożywki” w supermarkecie, dziś taka kwota starcza ledwie na kilka produktów. – Ale co się dziwić, skoro masło jest po 8 złotych, a mleko po 4 za litr
– irytuje się w rozmowie z nami przemyślanka w średnim wieku. – A gdzie jakieś mięso, wędlina, ser, owoce? – dopytuje.
– Wszystko idzie gigantycznie w górę: jedzenie, usługi, media, paliwo, ubrania – wylicza. – Człowiek już naprawdę ledwie wiąże koniec z końcem. Ja, zakupy robię nie tak, jak kiedyś. Kiedyś to miałam zaplanowane, co mam kupić, ale jeśli trafiło się coś ciekawego na promocji, to brałam – opowiada kobieta. – Teraz nie, bo mnie nie stać. Kupuję to, co mam zapisane na kartce i nic więcej – przyznaje. – A przecież oboje z mężem pracujemy! Do pracy musimy dojechać, więc jeszcze paliwo i utrzymanie samochodu, czynsz, media, no i raty kredytu na mieszkanie
– wzdycha. – Dobrze, że syn – student sobie dorabia do stypendium, bo nie dalibyśmy rady. Niech pan Morawiecki przestanie ludziom mydlić oczy, że to przez wojnę w Ukrainie. To przez politykę finansową naszego rządu i on, jako bankowiec, doskonale o tym wie – kwituje mieszkanka Przemyśla.

A mówili: – Wystarczy nie kraść

Ano rząd chętnie zwala drożyznę na wojnę w Ukrainie, ale wierzą w to tylko naiwni. Wojna w Ukrainie, a wcześniej pandemia covid-19 to dla naszych rządzących zwyczajne „przykrywki” dla tego, co zrobili ze stanem finansów Polski. Zacznijmy jednak od początku… Otóż wbrew temu, co głosili podczas wyborów w 2015 roku politycy PiS, Polska wcale wówczas nie była w ruinie, także finansowej. Poprzednikom obecnej władzy udało się w miarę bezboleśnie przeprowadzić Polskę przez światowy kryzys, który miał miejsce w latach 2007 – 09. W 2015 roku Zjednoczona Prawica wygrała wybory i miała z czego się cieszyć. Bo nie tylko przejęła państwo w dobrej kondycji finansowej, ale także ze swymi rządami trafiła na ogólnoświatową dobrą koniunkturę. Oczywiście nie należało się spodziewać, że Zjednoczona Prawica to przyzna, bo wszak cała jej kampania wyborcza zbudowana była na hasłach negujących poprzedników, czyli „Polska w ruinie” i „Wystarczy nie kraść”. Hasła jednak hasłami, ale od nowej władzy ludzie mieli prawo oczekiwać, że nie tylko nie zniszczy tego, co po poprzednikach przejęła, ale jeszcze pomnoży nasze państwowe finanse, tym bardziej, że sytuacja gospodarcza na świecie temu sprzyjała. Niestety Zjednoczona Prawica nieustannie wycierająca sobie usta wzniosłymi frazesami i krytyką poprzedników zajęła się pracowicie rujnowaniem naszych finansów.

„Przejedzone” i rozdane

Powiększanie do granic absurdu administracji państwowej, żeby zapewnić intratne posady swoim członkom, sympatykom i ich bliskim, nieprzemyślane, a kosztowne reformy w kolejnych resortach i tzw. radosne, czyli całkowicie pozbawione wszelkiej logiki i umiaru rozdawnictwo
– już samo to mocno nadwyrężyło polskie finanse. To jednak nie było jeszcze tak tragiczne, bo były to czasy prosperity na świecie i nasza gospodarka mimo wspomnianych działań rządu, jakoś się broniła. Rzecz w tym, że w normalnym państwie, normalny rząd za czasów właśnie takiej prosperity gromadzi kapitał na gorsze czasy, a co wydaje, wydaje na inwestycje. Bo te gorsze czasy zawsze w gospodarce przychodzą, a inwestycje się zwracają. My jednak od 2015 roku nie żyjemy w normalnym kraju i nie mamy normalnego rządu. Mamy za to zero inwestycji, zaś nasze ciężko wypracowane pieniądze zostały „przejedzone” przez rządzących oraz bezrefleksyjnie rozdane, by utrzymać poparcie wśród swoich wyborców. Wątpliwe, by ktokolwiek z rządzących przewidział jednak, że kryzys uderzy z taką siłą. Pierwsza fala pandemii w 2020 roku pokazała słabość naszego państwa na niemal wszystkich płaszczyznach. Tej finansowej też. Trzeba było ratować gospodarkę, więc przeznaczono na to pieniądze, których już wówczas rząd nie miał, więc je zwyczajnie dodrukowano. Tyle tylko, że w ekonomii taki zabieg to gwóźdź do trumny. Bo wtedy zaczynają rosnąć ceny. Takie prawo ekonomii. A później było już niestety „z górki”, ale nie w dobrym tego wyrażenia znaczeniu, zaczęła się bowiem równia pochyła. W normalnym państwie o normalnym rządzie w takich sytuacjach stara się ograniczać drożyznę poprzez podniesienie stóp procentowych. Kto nie jest ekonomistą, niewiele z tego wie, a nie chodzi to, by zanudzać takimi szczegółami. Rzecz w tym, że owe stopy procentowe trzeba podnieść w odpowiednim momencie. Jeśli zrobi się to zbyt późno, ów zabieg niewiele daje gospodarce, za to bardzo podraża raty kredytów. Tak się właśnie stało w Polsce.

Tak wzrosły ceny

Starsi Czytelnicy i ci w średnim wieku pamiętają zapewne, że gdy za PRL-u zaczęły rosnąć ceny, ludzie natychmiast reagowali protestami i strajkami. Palono nawet komitety PZPR, a chodziło wtedy o wzrosty cen nieporównywalne z obecnymi! Co mamy teraz? Mamy taką drożyznę, że niejeden wybiera co kupić: leki czy coś lepszego do jedzenia. Zapłacić za mieszkanie czy za media? Gdyby ktoś chciał zarzucać nam gołosłowność, odsyłamy do skrupulatnych wyliczeń. Minęła właśnie Wielkanoc, więc popatrzmy, o ile więcej wydaliśmy na te święta w porównaniu do zeszłego, też nietaniego dla Polaków, bo pandemicznego, roku. Otóż za chleb zapłaciliśmy prawie 6 złotych za kg, nieco ponad 43 proc. więcej niż w roku 2021 r., za 450 g szynki musieliśmy wyłożyć prawie 21 złotych – o 20 proc. więcej niż na zeszłoroczne święta, za 200 gramową kostkę masła płaciliśmy prawie 6,5 złotego – ponad 42 proc. więcej niż w zeszłym roku. Podrożały też odpowiednio: ser żółty o prawie 57 proc. i za niego płaciliśmy prawie 26,5 złotego za kg, kiełbasa o 27 proc. i w tym roku musieliśmy na nią wydać ponad 23 złote za kg, jajka o prawie 36,5 proc. i zapłaciliśmy za nie prawie 6,4 złotego za 10 sztuk, a nawet sól o niemal 60 proc. i kosztowała nas ona 1,41 za kg. Do tego mamy też niemal 30-procentowy wzrost cen benzyny, prawie 50-procentowy wzrost cen gazu i ponad 60-procentowy wzrost cen opału. „Jak żyć panie premierze, jak żyć? – chciałoby się zapytać, ale pan premier najpewniej nie odpowie, bo sam nie wie, jak ktoś może przeżyć za zwyczajną pensję przy tych cenach. Pan premier ma bowiem sowite wynagrodzenie Prezesa Rady Ministrów i bardzo majętną, szczególnie w działki i nieruchomości, żonę, na którą wspomniany dobytek profilaktycznie zapisał. O byt nie martwią się też inni politycy PiS, nie tylko ci ze „świecznika”, ale też ci lokalni, bo każdy ma dobrze płatną posadę w jakiejś instytucji zarządzanej przez rząd lub PiS-woski samorząd, w spółkach Skarbu Państwa, albo zasiada w 5 radach nadzorczych. Bo PiS o finanse dba, tyle że nie o nasze obywateli, ale o swoje.

Monika Kamińska