
Na dworcu w Przemyślu widziała młodą mamę z dziećmi. Chłopczyk płakał, a dziewczynka pytała, gdzie jest tata. – Serce pękało. Do Chotyńca przyjeżdżały panie, które np. sprzątały, żeby czymkolwiek zająć głowę, ale były też takie, spod Kijowa, które odcinały się i siedziały same w kącie, nie było z nimi kontaktu – opowiada Lucyna Stec z Rzeszowa, która od początku wojny w Ukrainie pomaga uchodźcom.
Kiedy za naszą wschodnią granicą wybuchła wojna, dla Lucyny Stec i jej córki Joanny z osiedla Załęże w Rzeszowie oczywiste było, że będą pomagać. – Robimy kanapki. To było pierwsze, co przyszło nam do głowy. Naturalny odruch i najprostszy pomysł na pomoc, który można zrealizować natychmiast – tłumaczy Lucyna. Informacje o ich działalności rozniosły się pocztą pantoflową, a odzew był bardzo duży.
– Robiłyśmy jedzenie we dwie, z córką, ale bardzo dużo osób nam pomagało, np. przywoziło potrzebne produkty, wędliny, albo składało się na zakupy. To były różne kwoty, 20 czy 50 zł – tłumaczy Lucyna, która od 6 lat działa w wolontariacie Pokojowego Patrolu, związanego z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. – Przygotowując jedzenie, starałyśmy się trafić w różne gusta. Niektóre kanapki były z mięsem, inne bez, wszystko było opisane i poukładane partiami – tłumaczy.
Ile kanapek można zrobić?
Początkowo panował ogromny chaos, ale po dwóch tygodniach wszystko się usystematyzowało. – Najpierw zrobiłyśmy 40 kanapek, potem 50 i z biegiem czasu coraz więcej. Na początku zbierałyśmy pieniądze na różne produkty wśród rodziny i znajomych, a potem przyłączyli się też znajomi naszych bliskich, bo wiadomo, większa ilość jedzenia, to wyższe koszty, również dowozu – wspomina wolontariuszka. Najpierw zawoziły kanapki do Przemyśla, potem na dworzec w Rzeszowie. Robiły też mnóstwo naleśników z czekoladą.
– Po rzeczach spożywczych, zawoziłyśmy inne zakupy do hali kijowskiej w Korczowej, bo dysponowałyśmy większą kwotą. To były: poduszki, koce, ubrania, bluzy, pościel, wędliny paczkowane, zabawki dla dzieci – dodaje. Przekazywały dary wolontariuszom i koordynatorom, którzy je potem rozdysponowywali. W Przemyślu rzeczy odbierały Wojska Obrony Terytorialnej. – Wolontariusze bardzo się cieszyli na nasze kanapki, mówili: – O, te kanapki są dobre, bo te Panie już je przynosiły – śmieje się Lucyna.
Druga para skarpetek
Krzysztof, kuzyn Lucyny Stec, również bardzo im pomógł. – Kiedy zobaczył, co robimy, opowiedział o tym swojej koleżance z pracy, która wpadła na pomysł zorganizowania zbiórki – mówi wolontariuszka. Pracownicy zebrali kilka tysięcy złotych – duża kwota, która pozwoliła na większe zakupy materialne takie jak: ponad 150 par klapek pod prysznic, bielizna damska, dziecięca, probiotyki, elektrolity, witaminy, syropy dla dzieci, ręczniki, proszki do prania, wędliny, herbaty, powerbanki, kredki, zeszyty i obcinacze do paznokci. – Były też skarpetki, ogromne ilości, bo kto myśli o tym, żeby uciekając przed wojną zabrać drugą parę czystych skarpetek? – zaznacza Lucyna.
Część z tych rzeczy zawieźli do Chotyńca, małej wsi koło Korczowej, do Domu Wiejskiego. – To taki dom ludowy, prowadzą go nasi znajomi. Znajduje się tam punkt, gdzie uchodźcy przebywają przez kilka dni, a potem szuka się dla nich dalszego miejsca pobytu – mówi. Początkowo nie było tam warunków dla uchodźców, ale dzięki strażakom, mieszkańcom wioski i pani sołtys, zrobiono tam łóżka, prysznice, ktoś przyniósł pralkę, a ktoś inny podłączył kuchenkę.
Dobytek w reklamówce
Kobieta nie wie, czy po tych tygodniach pomocy czuje zmęczenie.
– Mnie taka pomoc nakręca, szczególnie kiedy widzę uśmiechnięte buzie dzieci
– wspomina. – Był taki przypadek, że miałyśmy bańki mydlane. Myślałam, że tym dzieciaczkom wyskoczą oczy na ich widok, tak bardzo się cieszyły, więc przy następnej wizycie kupiłyśmy tego więcej, również kredki i zeszyty. Ich radość była nie do opisania. To niezwykłe, jak proste rzeczy, na które z reguły nie zwracamy uwagi, dają innym szczęście – dodaje. Wspomina również o tym, że rzeczy były dostępne dla dzieci, ale one same nie przychodziły o nie poprosić, ale czekały na ruch osób starszych.
Lucyna pamięta też smutne sytuacje, np. kiedy na dworcu w Przemyślu, w pierwsza sobotę od rozpoczęcia wojny, widziała mamę z dziećmi. Chłopczyk płakał, a dziewczynka pytała, gdzie jest tata. – Serce pękało. Kiedy doświadczy się takich sytuacji osobiście, to jest to bardzo przykre. Do Chotyńca przyjeżdżały panie, które np. sprzątały, żeby czymkolwiek zająć głowę, ale były też takie, spod Kijowa, które odcinały się i siedziały same w kącie, nie było z nimi kontaktu – mówi.
Kobieta nie wyobraża sobie sytuacji, gdyby kazano jej nagle wyjechać ze swoim dobytkiem, pakując najważniejsze rzeczy do reklamówki, nie wspominając o małych dzieciach. – W ogóle nie myślałam o takiej wojnie, jaką widziałam w telewizji czy na lekcjach historii, a teraz to jest praktycznie za płotem – podsumowuje. – To lekcja, która pozwala docenić to, co najważniejsze – dach nad głową i wolność.
Kinga Siewierska


