Co roku 9 maja na placu Czerwonym w Moskwie Rosjanie świętują pokonanie w 1945 roku faszystowskich Niemiec, choć tak naprawdę II wojna światowa zakończyła się dzień wcześniej. Rosjanie jednak uważali i nadal uważają, że to oni i tylko oni są ojcami zwycięstwa nad III Rzeszą. Z tej okazji właśnie 9 maja organizują defilady i utwierdzają sami siebie w przekonaniu, że są bohaterscy i niepokonani. Jacy są „bohaterscy” wszyscy – poza Rosjanami, którzy są karmieni putinowską propagandą albo udają – wiemy. Rosyjscy żołnierze zabijają i torturują na Ukrainie cywilów, gwałcą kobiety, a także dzieci oraz kradną co się da z domów i mieszkań, z których wypędzili prawowitych właścicieli. Przypomnijmy, że Federacja Rosyjska napadła na suwerenną Ukrainę bez wypowiedzenia jej wojny i liczyła na to, że pokona Ukraińców w góra kilka dni. To, co się stało musiało mocno zaboleć Putina. Ukraińcy nie tylko się nie poddali, ale też Rosjanie nie mogą ich pokonać i ponoszą ciężkie straty. Powinni się tego spodziewać? Ano powinni. Ukraińcy – jak piszą na swoich plakatach – bronią swojej ziemi i na niej pozostaną, a dla najeźdźców jedyne, co mogą na tej ziemi zaoferować, to miejsce w niej – po prostu grób. Determinacja Ukraińców zadziwia świat, a Rosjan i Putina przeraża. Ale naiwnością byłoby sądzić, że rosyjski dyktator odzyska rozum, pojmie, że popełnił błąd, pokaja się i wycofa swe wojska z Ukrainy. To się najprawdopodobniej nie stanie – niestety. A tymczasem „dzień zwycięstwa”, czyli 9 maja, coraz bliżej. Początkowo sądzono, że Putin zechce w tym dniu ogłosić, że oto Rosja znów odniosła zwycięstwo nad faszystami, tym razem tymi ukraińskimi i tym zamydli oczy swoim rodakom, ale de facto zakończy to wojnę w Ukrainie. Biorąc pod uwagę bezczelność Putina, taki scenariusz nadal nie jest wykluczony, ale jest mało prawdopodobny. Co prawda, jak donosiły niektóre źródła, Putin wydał wyraźne rozkazy, by z ulic dawniej cudownego i tętniącego życiem, a dziś zrównanego niemal z ziemią i ziejącego martwą ciszą Mariupola uprzątnąć gruz i ludzkie zwłoki, i ów Mariupol pokazać jako symbol rosyjskiego zwycięstwa i rosyjskiej chwały, ale wątpliwe, by to przyniosło oczekiwany efekt. Rosjanie dostali bowiem w Ukrainie tęgi łomot, a do tego „popisali się” bestialstwem, którego świat im nie zapomni. A Mariupol i to, co uczynili z tym miastem i jego mieszkańcami, jest tego przerażającym symbolem. Pojawiały się też spekulacje, że Putin zechce 9 maja spróbować złamać w Ukraińcach ducha i pokaże światu jeńców ukraińskich jako element obchodów dnia zwycięstwa. Czy byłby do tego zdolny? Bez wątpienia byłby, ale taki gest poza chwilową satysfakcją nie przyniósłby niczego, a już na pewno nie skłoniłby Ukraińców do zaprzestania obrony swej ojczyzny. Co zatem zrobi 9 maja Putin? Cóż, niektórzy sądzą, że właśnie w tym dniu wypowie oficjalnie wojnę Ukrainie. Bo przecież według kremlowskiej propagandy żadnej wojny między Ukrainą a Federacją Rosyjską póki co nie ma. Brutalny atak na Ukrainę i okupowanie jej części Rosjanie znają pod putinowskim hasłem „wojskowej operacji specjalnej”, mającej rzekomo na celu uwolnienie Ukraińców od ich rodaków – faszystów. Zachodni eksperci są zdania, że właśnie 9 maja podczas obchodów dnia zwycięstwa słowo „wojna” może paść z ust Putina. I będzie to oczywiście wojna – jak to zwykle u Rosjan bywa – po pierwsze konieczna, a po drugie oczywiście „ojczyźniana”. Z czym to może się wiązać? Z mobilizacją wszystkich sił rosyjskiej armii i postawieniem przez Putina wszystkiego na jedną kartę. Czy musi tak być? Nie, nie musi i nie jesteśmy tak naprawdę w stanie przewidzieć, co roi się w głowie rosyjskiego dyktatora i co ta głowa – o której coraz więcej poważnych ludzi poważnie mówi, że jest poważnie chora – może wymyślić 9 maja.
Redaktor Monika Kamińska


