
Był lipiec 1946 roku, gdy 3-letnia Wandzia Błaszkiewicz, po blisko miesięcznej podróży bydlęcym wagonem, po raz pierwszy zobaczyła Łańcut. I choć w willi dziadków na Wisielówce spędziła zaledwie rok, często wracała na wakacje. Kto by wtedy pomyślał, że szczuplutka ciemnowłosa dziewczynka bawiąca się z rodzeństwem w podchody, w przyszłości będzie zdobywać najwyższe szczyty świata…
Z Łańcuta pochodzili najbliżsi himalaistki. Dziadek Władysław był profesorem gimnazjalnym, babcia Ewa – gospodynią domową. Tu urodził się jej ojciec – Zbigniew Błaszkiewicz. Opuścił dom mając w kieszeni egzamin dojrzałości – wyjechał na studia do Lwowa. Już jako cenionego inżyniera, los pokierował go najpierw do Radomia, później na Litwę, gdzie znalazł miłość i przyszły na świat dzieci. Do rodzinnego miasteczka wrócił po 20 latach. Gdy zdecydował się na repatriację, zabrał tu żonę Marię oraz dwoje pociech.
Wyprawa pod Rzeszów zajęła im prawie miesiąc i bynajmniej nie należała do przyjemności, bo podróżowali w bydlęcym wagonie. Wanda miała zaledwie 3-latka, jej brat Jurek – 5. W Łańcucie znaleźli spokojną przystań, choć sam Zbigniew już po miesiącu wyjechał do Wrocławia. Tam znalazł pracę w politechnice i zaczął przygotowywać podwaliny pod nowe gniazdo dla rodziny. Ta, jeszcze w Łańcucie, 9 miesięcy po ich przyjeździe, powiększyła się o Janinę.
Pieszo do Husowa
5-osobowa już familia Błaszkiewiczów ostatecznie osiedliła się we Wrocławiu w 1947 r. Spora odległość od Łańcuta nie przeszkadzała jednak w odwiedzinach. Dla Wandy i jej rodzeństwa był to niezwykle atrakcyjny, wakacyjny kierunek. O tym, jak miło spędzali tu czas, można przeczytać w książce Anny Kamińskiej „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”.
– Wanda była ślicznym dzieckiem – wspomina na łamach biografii Aleksandra Gruszczyńska (z domu Kwolek), która w dzieciństwie mieszkała niedaleko willi na Wisielówce. – Miała kręcone czarne włosy, śniadą cerę, była szczuplutka. Zaczęła przyjeżdżać do babci na wakacje do Łańcuta, gdy jeszcze nie chodziła do szkoły. Zaprzyjaźniłyśmy się i potem przez całą podstawówkę i liceum pisałyśmy do siebie listy.
Jak podkreśla pani Gruszczyńska, Wanda była wspaniałą towarzyszką zabaw. – Kiedy zaczynało się lato, nie mogłam się doczekać, aż przyjedzie do Łańcuta. Z dzieciarnią z Wisielówki bawiłyśmy się w podchody, w chowanego, albo grałyśmy w tenisa drewnianymi rakietkami wykonanymi przez mojego tatę – wylicza. – Wanda u nas też się wspinała. W naszym domu były pojedyncze szerokie drzwi. Chodziła po nich, pnąc się sprawnie do góry, jak małpa. I była pierwsza do tego, by chodzić po drzewach. Kiedy byłyśmy już trochę starsze, chodziliśmy całą ferajną w kilkanaście osób na piesze wycieczki do Husowa, gdzie mieszkał stryj Wandy. Wędrówka, dobre towarzystwo, ziemniaki pieczone na ognisku, pajda chleba, kwaśne mleko, nic nam wtedy więcej nie trzeba było do szczęścia.
Zbrodnia na Wisielówce
Zbigniew Błaszkiewicz też chętnie odwiedzał rodzinne strony. W 1963 r. odziedziczył po rodzicach połowę willi. Druga powędrowała do jego siostry – Jadwigi. Ta jednak, odsprzedała ją, bo wolała Rzeszów.
Z czasem skończyły się też wizyty Wandy… – (…) po śmierci babci, która zmarła na początku lat 60. bywała w Łańcucie coraz rzadziej – zdradza Aleksandra Gruszczyńska. – A kiedy została znaną alpinistką i zaczęła jeździć po świecie, to już tu nie przyjeżdżała.
Nie to, co ojciec himalaistki, który marzył, by na starość przeprowadzić się do Łańcuta, tu przeżyć w spokoju ostatnie lata życia. Jego dom stał więc zazwyczaj pusty, czekając aż właściciel zajrzy tu na kilka dni np. przy okazji urlopu. Wszystko zmieniło się, gdy zgodził się wynająć pokój z kuchnią młodemu małżeństwu z dzieckiem. – Przestrzegano go przed nimi, mówiono, że to ludzie z marginesu społecznego – opowiadała później Wanda Rutkiewicz. Rzeczywiście, jak się okazało, mężczyzna miał za sobą 2-letnią odsiadkę w więzieniu, był gwałcicielem i złodziejem. Najemcy rozkradali, co się dało, alkoholowe libacje stały się codziennością… Gdy 6 grudnia 1972 r. inżynier, bez zapowiedzi odwiedził łańcucki dom, zastał lokatorów, którzy z dwójką znajomych grali w ping-ponga na kuchennym stole i popijali wino. Rozbita szyba w salonie i jego własny rower stojący w przedpokoju zdradzały, że mieszkanie zostało splądrowane. Wzburzony Zbigniew chciał iść na milicję. Nie pozwolili na to. – Wszyscy mordowali ojca. Odebrali mu życie w straszny sposób. Tym, co było pod ręką czyli siekierą i nożami – opowiadała Wanda Rutkiewicz Barbarze Rusowicz w ksiązkowym wywiadzie. Córka inżyniera na własne życzenie została oskarżycielem posiłkowym podczas procesu. Osobiście identyfikowała zmasakrowane zwłoki ojca, który został pochowany na łańcuckim cmentarzu komunalnym.
To była już druga tak osobista tragedia w życiu Wandy. 24 lata wcześniej zginął jej starszy brat
– rozszarpany przez niewypał pocisku artyleryjskiego. Ona uniknęła śmierci, bo wraz z kolegami nie dopuścił jej do „zabawy”…
Na szczytach świata
Ani brat, ani ojciec nie doczekali sukcesów Wandy. Z pewnością byliby dumni wiedząc, że to właśnie ona, jako pierwszy Polak, pierwsza Europejka i trzecia kobieta na świecie stanęła na najwyższym szczycie Ziemi – Mount Everest (8848 m.n.p.m).
I to w dniu wyboru Karola Wojtyły na papieża – 16.10.1978 r. Gratulowaliby jej też tego, że jako pierwsza przedstawicielka płci pięknej postawiła stopę na wierzchołku najtrudniejszego ośmiotysięcznika – K2. Trzymaliby kciuki za powodzenie w zdobywaniu kolejnych ambitnych celów. Tych nigdy w jej życiu nie brakowało, choć w zdominowanym przez mężczyzn świecie gór, łatwo nie miała.
Swoje życie zakończyła w miejscu, które kochała. Zaginęła 13 maja 1992 r. próbując zdobyć Kanczendzongę, trzeci szczyt Ziemi a dziewiąty w jej kolekcji tych najwyższych. Miała tylko 49 lat…
Aneta Jamroży


