Wielu Polaków jest zdania, że choć premierem naszego rządu jest Mateusz Morawiecki, a prezydentem Polski Andrzej Duda, to tak naprawdę naszym krajem rządzi zupełnie inna osoba, a mianowicie prezes PiS, Jarosław Kaczyński. Dla niepoznaki, żeby to jakoś wyglądało, no i żeby pan prezes więcej zarobił i nie musiał nikomu tłumaczyć się ze służbowego auta i rządowej ochrony, pan prezes zażądał stanowiska wicepremiera ds. bezpieczeństwa. No i jest nim, ale nic nie robi, bo i nie musi. To jest prawda, ale nieprawdą jest, jakoby to Kaczyński rządził Polską. Nie, żeby rządzić – nie chciał – bynajmniej. Rzecz w tym, że do tego, żeby faktycznie rządzić Polską, Kaczyńskiemu brakuje „szabel”, czyli posłów głosujących jak im każe. A bez tego z rządzenia nici, a to oznaczałoby przedterminowe wybory, a po nich być może Trybunał Stanu, więc Kaczyński władzą chcąc czy nie, dzielić się musi. To dzielenie się władzą Kaczyńskiego kosztuje nas miliardy euro, których nie dostaniemy z unijnego Funduszu Odbudowy, bo nie przestrzega się u nas praworządności i słynna Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, czyli sztandarowy bat Zbigniewa Ziobro na sędziów niepokornych władzy nadal działa. W tej sytuacji miliard złotych, który trzeba będzie zapłacić za niewykonanie wyroku TSUE, dotyczącego wspomnianej Izby Dyscyplinarnej, to tzw. „pikuś”. I kto stoi za tymi stratami Polski? Ano minister sprawiedliwości i prokurator generalny – Zbigniew Ziobro, noszący pseudonim „Zero” od czasu, jak w 2003 roku ówczesny premier Leszek Miller wprost oznajmił mu: „Jest pan zerem”. Wtedy uznano Millera za niekoniecznie kulturalnego, dziś wielu ma go za wręcz wizjonera. A to dlatego, że nie tylko nazywał rzeczy po imieniu tak trafnie, ale uczynił to w czasie, kiedy o obecnych wyczynach Ziobro nikomu się jeszcze nawet nie śniło. Ziobry zatem blokuje mnóstwo tak potrzebnych Polsce unijnych pieniędzy, za nic mając dobro obywateli. A Kaczyński na to blokowanie się godzi, bo dobro obywateli nie jest tak ważne, jak utrzymanie rządowej większości i pozostanie przy władzy oraz jej fruktach. Żeby tam Kaczyński „kochał” Ziobre, to nie można powiedzieć. Jeszcze bardziej nie znosi go Morawiecki, ale ten to już zupełnie nic do powiedzenia nie ma. A Ziobro broni Izby Dyscyplinarnej, jak niepodległości i – niestety poniekąd – udaje mu się to. Jak prosto to działa, pokazał ostatni powtórny wybór Adama Glapińskiego na szefa Banku Centralnego. W każdym normalnym kraju szefa tegoż banku, który doprowadził do dwucyfrowej inflacji i horrendalnej drożyzny, natychmiast by zdymisjonowano i najpewniej dążono do postawienia go przed organami kontroli. W normalnym – tak, ale nie w obecnej Polsce. U nas takiego wybiera się z pompą na kolejną kadencję! Bo tak chciał prezes PiS. Jednak z „chciejstwa” prezesa niewiele byłoby, gdyby nie poparło go kilkunastu posłów Solidarnej Polski Ziobry. A Ziobro – owszem – zgodził się poprzeć, ale za cenę pozostawienia Izby Dyscyplinarnej w spokoju. I tak oto obserwujemy, że o naszym życiu i finansach decyduje starszy pan, co to niedawno konto w banku dopiero założył, nosi dwa różne buty i zakłada odwrotnie zegarek oraz trójkowy magister prawa, zwany powszechnie „Zerem”, którego partia – jak wykazują sondaże – ma zawrotne wręcz poparcie społeczne w wysokości 0,7 punktu procentowego. Jakby ktoś nie wiedział, to znacznie poniżej progu wyborczego, a i godności każdego szanującego się lidera dowolnej partii. Ale Zbigniewowi Ziobrze nie na godności przecież zależy, trudno zresztą, by komuś zależało na czymś, co nie istnieje… Tak oto deal Kaczyńskiego z Ziobro skutecznie rozwala u nas praworządność, drenuje nam portfele i usiłuje wyprowadzić z UE, a wszystko z ustami pełnymi frazesów, jak się to ci panowie o nas troszczą no i też – oczywiście – że wszystko co złe, to nie oni, tylko ten przeklęty Tusk! Tak to z grubsza wygląda w naszej Polsce, w XXI wieku, w Europie…
Redaktor Monika Kamińska


