Chodzi wolny, mimo prawomocnego wyroku

– Mariusz S. został prawomocnie skazany na 3 lata za kratkami. Można go spotkać na przemyskich ulicach. Fot. Monika Kamińska

Tą tragedią żyła cała Polska. Później emocje nieco przycichły, by wrócić, gdy zaczął się proces Mariusza S. To jego american pitbullteriery zagryzły Kamila Towarnickiego. Chłopiec miał tylko 12 lat. Jego drobne ciałko zostało zmasakrowane. Sąd pierwszej instancji skazał właściciela psów na 3 lata bezwzględnego pozbawienia wolności, a sąd drugiej instancji wyrok podtrzymał. Na początku czerwca Mariusz S. miał stawić się w zakładzie karnym, ale się nie stawił. – Chodzi sobie wolny i śmieje się wszystkim w twarz – mówi mama zagryzionego chłopca, Elżbieta Towarnicka.
 
Proces rozpoczął się równo rok po tragedii, która rozegrała się 28 września 2020 roku w mieszkaniu Mariusza S. na przemyskim Zasaniu. Mieszkali tu poza S. i jego konkubiną oraz ich wspólną córką także syn partnerki mężczyzny, 11-letni Szymon i dwa psy rasy american pitbullterier: 5- letnia Kataleja i 13–miesięczny Jocker. Na posiadanie żadnego z tych psów Mariusz S. nie miał wymaganego prawem pozwolenia. Feralnego dnia partnerka Mariusza S. była w szpitalu z córeczką, a Mariusz S. zajmował się dorywczą pracą. Szymek wyszedł wcześniej ze szkoły i wracał do domu, w którym nie było nikogo poza dwoma psami. Po drodze spotkał kolegę, 12- letniego Kamila. Zaprosił go do siebie. Gdy chłopcy weszli do kuchni pies lub psy zaatakowały Kamila. Niejasność w tym zakresie wynika z rozbieżności w zeznaniach. 11-letni Szymon utrzymywał, że Kamila zaatakował i gryzł oraz szarpał tylko samiec pitbulla, Jocker. Sąsiadka S., którą do mieszkania zwabiły krzyki Szymona wołającego o pomoc, zeznała tak w śledztwie, jak i przed sądem, że widziała oba psy szarpiące i gryzące Kamila po obu stronach jego ciała. Dziecko doznało rozległych obrażeń i mimo wysiłków lekarzy zmarło 3 dni po pogryzieniu przez psy.

Przepraszał, ale do winy się nie przyznawał

Mariusz S. trafił do tymczasowego aresztu, ale wkrótce opuścił go ze względu na stan zdrowia. Ani w śledztwie, ani przed sądem nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów. A prokurator zarzucił mu narażenie 11-letniego Szymona i 12-letniego Kamila na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty zdrowia lub życia oraz nieumyślne spowodowanie śmierci tego ostatniego. Grozi za to od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. S. cały czas utrzymywał, że nie miał świadomości, iż jego psy mogłyby komuś zrobić krzywdę, a do tragedii doszło wskutek nieszczęśliwego splotu wydarzeń. Podkreślał, że bardzo żałuje tego, co się stało dodając, że bardzo chciałby przeprosić matkę Kamila, ale ta nie chce o tym słyszeć.
Proces S. przed sądem pierwszej instancji trwał prawie równo miesiąc. Kto miał okazję uczestniczyć w kolejnych rozprawach nigdy tego nie zapomni. Przed sądem płakali doświadczeni ratownicy medyczni, wspominając obrażenia, jakich doznał śp. Kamil. Trudno też zapomnieć płacz matki zagryzionego chłopca. Płakał też oskarżony, ale czy te łzy były szczere, trudno powiedzieć. Obrona natomiast usiłowała dowodzić, że S. jest niewinny, a psy do ataku miał sprowokować sam Kamil.

Miażdżąca opinia bieglej i wyrok

Mariusza S. pogrążyła ostatecznie opinia bieglej behawiorystki, ewaluatorki psów agresywnych i zoopsychologa, Elizy Dołżańskiej-Pietrzak. Specjalistka poddała testom psy Mariusza S. zaraz po tragedii i wydała opinię, która przed sądem podtrzymała i uzupełniła o wyczerpujące szczegóły. Z opinii tej wynikało niezbicie, że za agresywne zachowanie psów odpowiada ich właściciel, Mariusz S., który nieprawidłowo je prowadził. Obrońca oskarżonego usiłował zdyskredytować biegłą w oczach sądu i skłonić go do powołania kolejnego specjalisty, ale bezskutecznie. Sąd Rejonowy w Przemyślu 29 października 2021 roku skazał Mariusza S. na 3 lata pozbawienia wolności. Sędzia Tomasz Kuźma uzasadniając decyzję sądu podkreślił, że nie zgadza się z obroną, jakoby za tragedię odpowiedzialny był splot wydarzeń. – Sytuacja była wyjątkowa i dlatego oskarżony, jako właściciel psów i osoba dorosła powinien zachować w niej wyjątkowe środki ostrożności – zauważył sędzia. – Tymczasem oskarżony dopuścił do tego, że 11-latek mógł swobodnie wejść do mieszkania, gdzie były dwa psy i nie było nikogo i to wraz z kolegą – przypomniał sędzia. Zauważył też, że nieprawdą jest, jak mówił oskarżony, że nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia, a jego psy były zawsze przyjazne. Wspomniał tu o pogryzieniu przez jednego z psów partnerki Mariusza S., a także o zeznaniach Szymona, z których wynikało, że gdy Kamil był u niego w domu wcześniej, pod obecność dorosłych, psy zachowywały się wobec niego nieprzyjaźnie i konieczne było nałożenie im kagańców. Jednocześnie sędzia T. Kuźma podkreślił, że sąd wydając wyrok nie zapomniał o tym, że oskarżony wyraził skruchę i przeprosił za to, co się stało, a także jego partnerka usiłowała kontaktować się z rodziną śp. Kamila. – Mając na uwadze powyższe, sąd wymierzył oskarżonemu karę w wysokości 2/3 ustawowego zagrożenia – przypomniał sędzia. Poza karą pozbawienia wolności dla Mariusza S. sąd zdecydował też o nawiązce z jego strony dla Szymona w wysokości 3 tys. złotych za obrażenia, jakich doznał chłopiec oraz nawiązce na rzecz matki Kamila w wysokości 50 tys. złotych.
Od tego wyroku odwołała się zarówno obrona, jak i oskarżycielka posiłkowa, czyli matka śp. Kamila, Elżbieta Towarnicka. – Straciłam syna i to w tak okrutny sposób – podkreśliła wówczas w rozmowie z Super Nowościami. – Żadna kara dla oskarżonego nie zwróci życia mojemu synowi, ale Mariusz S. powinien ponieść najwyższą, możliwą – stwierdziła pani Elżbieta. – Na miejscu mego dziecka mogło być każde inne! S. wiedział, jakie ma psy i nie zadbał o bezpieczeństwo ludzi – dodała kobieta.
Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Przemyślu, który wyrok wydał 5 kwietnia. Sąd podtrzymał w całości stanowisko sądu pierwszej instancji. Przewodniczący, sędzia Mariusz Fołta podkreślił w uzasadnieniu, że wzięto pod uwagę skruchę oskarżonego. Dodał przy tym, że Mariusz S. był już kilkokrotnie karany, a mimo to nie wykazał respektu wobec prawa.

Wyrok prawomocny, a skazany na wolności

Zgodnie z obowiązującymi procedurami S. powinien zatem trafić do zakładu karnego. Sądowy nakaz pod rygorem doprowadzenia go S. miał na 3 czerwca. Do więzienia jednak nie trafił, bo jego obrońca, radca Górski złożył wniosek o odroczenie wykonania kary ze względu na zły stan psychiczny swego klienta. Mariusz S. ma być poddany badaniom. – Co takiego? To żart? – dopytuje nasz Czytelnik, który wiedząc o prawomocnym wyroku dla S. i widząc go niedawno na jednej z przemyskich ulic, napisał do nas z prośbą o wyjaśnienie sprawy. – On jest w złym stanie psychicznym? Przecież doskonale się bawi, sam widziałem – zarzeka się przemyślanin. – Do tego jeździ na taksówce! Niby taki psychicznie wykończony, a ludzi wozi? – ironizuje mężczyzna. – To zwyczajnie śmieszne, że można tak sobie unikać osadzenia w więzieniu mając prawomocny wyrok…

Matka Kamila boi się Mariusza S.

Elżbiecie Towarnickiej, matce zagryzionego przez psy Mariusza S. Kamilka, nie jest do śmiechu. Kobieta po makabrycznej śmierci synka leczy się psychiatrycznie, cierpi bowiem m.in. na depresję. Trudno jej znieść myśl, że człowiek, który jest odpowiedzialny za śmierć w męczarniach jej dziecka, mimo wyroku sądu, normalnie korzysta z życia i jest wolny. Do tego wszystkiego, kobieta zwyczajnie obawia się, jak deklaruje, Mariusza S. – Moim zdaniem, skrucha S. okazywana przed sądem była udawana – mówi wprost kobieta. – S. to agresywny i bezwzględny człowiek. Niby przepraszał mnie przed sądem, ale jakoś nie przeszkodziło mu to zwyzywać mnie nieco wcześniej przed sklepem – stwierdza matka śp. Kamila. – Teraz jeszcze nasłał na mnie policję! S. podał, że ja i moja rodzina śledziliśmy jego i Szymona po śmierci Kamilka – głos Elżbiety Towarnickiej drży. – A myśmy po prostu spotkali Szymka w drodze z cmentarza. Codziennie tam chodzimy – dodaje cicho.
Nic dziwnego, że ludzie są zbulwersowani, iż Mariusz S., kolokwialnie mówiąc, nie siedzi. Każdemu wydaje się bowiem oczywiste, że skazany prawomocnym wyrokiem na karę bezwzględnego pozbawienia wolności powinien być w więzieniu. Okazuje się, że mając taki wyrok, można dość skutecznie odwlekać jego wykonanie zgodnie z prawem. – Jaki to jest przykład dla innych przestępców? – pyta nasz Czytelnik. Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Monika Kamińska