
do Armii Krajowej wstąpił,
mając 20 lat. Fot. Archiwum
Nie lubił podkreślać swej roli w tym, co przeżył i czego dokonał. Nie chciał też, by nazywano go bohaterem. Mieczysław Godlewski (1923 -2013) – żołnierz Armii Krajowej (ps. „Godło”), więzień łagrów sowieckich, prezes kolbuszowskiego oddziału Światowego Związku Żołnierzy AK. Gdyby żył, 6 czerwca skończyłby 99 lat.
Mieczysław Godlewski urodził się w 1923 r. w Kolbuszowej. W wieku 9 lat wraz z rodziną wyjechał do Piotrkowa w województwie poznańskim, gdzie jego ojciec (legionista i kawaler orderu Virtuti Militari) administrował jednym z majątków ziemskich. Kiedy wybuchła II wojna światowa, jako 16-latek trafił do obozu w okolicach Siedlec.
Od 1943 r. w Armii Krajowej
– Rozeszła się plotka, że więźniowie zostaną przekazani Sowietom, dlatego z kolegą uciekliśmy stamtąd – wspominał po latach. – Do Kolbuszowej, w której mieszkał mój dziadek, wróciłem w grudniu w 1939 r. Był duży mróz, ok. 20 stopni na minusie, a ja z Rzeszowa na piechotę szedłem. Zdrowie było jednak wtedy moim atutem – opowiadał nam.
Do Armii Krajowej wstąpił w 1943 r. W konspiracji pełnił różne funkcje. – W AK znałem tylko swojego dowódcę, Józefa Ziemiańskiego, ps. „Młot”, i nikogo więcej. Ale tak trzeba było
– mówił Godlewski. – Moim zadaniem było m.in. sprawdzanie kolegów, którzy zostali przyjęci do Armii w gminie Majdan Królewski. Chętnych do walki z niemieckim okupantem było wielu, sprawdzałem więc, czy do konspiracji nie dostał się ktoś niepowołany.
Po wkroczeniu Sowietów, na rozkaz dowódcy AK, Godlewski wstąpił do Milicji, gdzie prowadził kancelarię. Dzięki temu miał dostęp do tajnych dokumentów. W nocy przepisywał je i przekazywał do swego obwodu AK. W ten sposób uratował wielu swych kolegów. – Niestety, nie wszystkie dokumenty dostawały się w moje ręce. Ale co tylko udało się dowiedzieć, zostało przekazane Armii Krajowej – opowiadał kpt. Godlewski.
Gehenna w kolbuszowskim UB
Z czasem, instalujący się w Kolbuszowej Urząd Bezpieczeństwa zaczął coś podejrzewać. W końcu cała sprawa wyszła na jaw. – Okazało się, że wiedzieli o mojej roli w Milicji. Ubowcy wpadli do mojego domu, kazali mi się szybko ubrać pytając gdzie mam broń. Na szczęście nie miałem jej w domu – opowiadał. – Wyprowadzono mnie natychmiast, nie pozwalając pożegnać się z rodziną. Była godzina trzecia w nocy, gdy znalazłem się w piwnicy budynku UB. Od tej chwili przestano nas traktować jak ludzi.
– Staliśmy się rzeczą niepotrzebną, którą należało jak najszybciej zniszczyć. Oprawcy nasi zapomnieli jednak, że my nadal jesteśmy ludźmi myślącymi, którzy będą mieli wolę przetrwania tego piekła. Zamknięto mnie w jednej z piwnic budynku kolbuszowskiego UB. W pomieszczeniu o wymiarach 2,5 x 1,5 m siedziało już kilku moich kolegów wspólnej niedoli. Okna były bardzo szczelnie zabite, tak, że po zamknięciu drzwi, było przeraźliwie ciemno. Chyba po kilku godzinach otworzyły się drzwi i wezwano mnie na przesłuchanie.
– Zaprowadzono mnie na pierwsze piętro, gdzie zrewidowano dokładnie zabierając pasek i szalik, następnie wepchnięto do jakiegoś pokoju, tak silnie oświetlonego lampą elektryczną, że oślepiło mnie to. Przy wejściu otrzymałem potężnego kopniaka, widocznie nie dość szybko wchodziłem. Wpadłem na środek pokoju. Tu znowu wepchnięto mnie na stołek. Siadłem z ulgą odczuwając jednak tego kopniaka, gdyż w piwnicy stało się cały czas.
Seria ciosów nahajem
– Zaczęło się przesłuchanie. Prowadził je oficer NKWD. Po spisaniu personaliów, pierwsze pytanie to: „ty był w AK?”, odpowiedziałem, że nie wiem co to jest AK. To wywołało natychmiastową reakcję. Enkawudzista doskoczył do mnie, wymierzył mi potężny cios w twarz i ryknął – „ot sukinsyn – kakoj ty Polak, ty faszysta kak nie znajesz co to AK”. Nastąpiła seria ciosów nahajem zakończonym kulką, która dotkliwie raniła ciało. Po tej serii, okrwawionego wypchnięto mnie za drzwi, skąd strażnik zaprowadził mnie do piwnicy.
– Po trzecim przesłuchaniu, które było bardzo ciężkie, mój prześladowca widocznie zrezygnował, uważając, że więcej nic się już nie dowie. Powiedział mi tylko, że pojadę tam, gdzie odechce mi się wszystkiego i „podochnę jak sobaka”. Uświadomiłem sobie dokładnie, co mnie i moich kolegów czeka w najbliższym czasie – wspominał kapitan, nie krył emocji.
Po przesłuchaniach w UB, Mieczysław Godlewski trafił do obozu w Bakończcach koło Przemyśla, a stamtąd do łagru Borowicze na Syberii, gdzie był półtora roku.
Zdradził go kolega
– Do jego aresztowania przyczynił się kolega, z którym był w AK – twierdzi Andrzej Jagodziński, dyrektor Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej w Kolbuszowej. – Obaj ujawnili się w okresie, kiedy Niemcy się wycofywali, a AK-owcy w ramach akcji „Burza” stawali się gospodarzami Kolbuszowej. Bardzo niechętnie mówił o swoim zesłaniu na Sybir. Opowiadał, kto mu tam pomógł, jakie były warunki, dlaczego przeżył. Ale bez szczegółów…
Do Polski wrócił 6 lutego 1946 r., ale nadal nie dawano mu spokoju. Ktoś doniósł na niego, że pomógł jednemu z księży pokryć dach kościoła blachą. Trafił za to za kraty. W więzieniu przesiedział półtora roku. Kiedy z niego wyszedł, prześladowano go nadal.
W zbiorach kolbuszowskiej biblioteki są nagrania jego wspomnień. – Pan Godlewski prosił nas, byśmy opublikowali ten wywiad dopiero po jego śmierci – tłumaczy Andrzej Jagodziński. – Powodem był fakt, iż był bardzo skromnym człowiekiem. Mawiał, że bohaterowie leżą na cmentarzu. Nie chciał podkreślać swojej roli w tym, czego dokonał.
– Miał swoje przekonania, które się nie zmieniały, ale potrafił też słuchać argumentów drugiego człowieka – uważa dyrektor. – Pamiętam, kiedy spieraliśmy się na temat wejścia Polski do Unii Europejskiej. Dla jego pokolenia, które przeżyło to, co przeżyło, zagrożenie utraty suwerenności było czymś strasznym. Nie był przekonany do integracji unijnej.
Do końca wierny swoim ideałom
Po 1989 r., najpierw z żoną Krystyną, potem samotnie pomagał swym kolegom z AK uzyskać status kombatanta. Robił również wszystko, aby zachować w pamięci tych, którzy odeszli. – Po uroczystościach odsłonięcia pomnika z okazji 70. rocznicy bitwy o Kolbuszową powiedział mi, że może już umrzeć, bo spełnił zobowiązanie wobec swych kolegów – wspomina Andrzej Jagodziński. – Jak relikwię przechowywał ziemię z Syberii. Potem została ona wmurowana w jeden z kamieni pomnika, który stoi na kolbuszowskim Rynku.
– Była u niego wielka radość życia, mimo, że w ostatnich latach bardzo cierpiał. Nie mógł chodzić – mówi dyrektor Jagodzinski. – Stąd wielokrotnie bywałem u niego w domu. On chętnie przyjmował ludzi, na te spotkania czekał, przygotowywał się. W tym cierpieniu, przy pełnej sprawności umysłu, był człowiekiem bardzo pogodnym. To było piękne
– III RP nie była Polską jego marzeń, miał wiele zastrzeżeń. Ale był szczęśliwy, że dożył tych czasów, że jego walka przyniosła owoce, że doczekał się wolnego i niepodległego kraju – dodaje nasz rozmówca. – Nie czuł się bohaterem, chociaż był otaczany wielkim szacunkiem, szczególnie przez młodzież. Nigdy się nie sprzeniewierzył swoim ideałom, był im wierny do końca. Zmarł 22 marca 2013 r. Jego śmierć poruszyła wielu kolbuszowian.
Paweł Galek


