
– Często słyszy się, że podczas wojny o przeżyciu decydują: Opatrzność albo szczęście, przeznaczenie lub dobry los. To prawda, ale przy tym trzeba jeszcze trafić na dobrych ludzi. Tak jak mój tato, żołnierz 17. Pułku Piechoty – podkreśla Stanisław Urbanik ze Strzyżowa. Jego ojciec, ujęty do niewoli po bitwie pod Borownicą, przeszedł przez kilka obozów jenieckich. Ostatnim był lagier nr 491 w Ursprung. To stamtąd kapralowi z Godowej udało się zbiec wraz ze współwięźniami. Nieprawdopodobne, ale wszyscy ocaleli. Kilkunastu Polaków na obcej ziemi – z dala od domu i przyjaciół – doczekało wyzwolenia…
Franciszek Urbanik znalazł się w niewoli już 12 września 1939 r. Ujęto go pod Borownicą niedaleko Birczy. To tutaj 17. Pułk Piechoty im. „Ziemi Rzeszowskiej” armii „Karpaty”, w którym służył, został zaskoczony przez przeważające siły niemieckie II Dywizji Górskiej. Dowódca, pułkownik Beniamin Kotarba, usiłował wyprowadzić Polaków z okrążenia. – Ojciec wspominał, że pojmanie po przegranej bitwie było najgorszym momentem w jego dotychczasowym życiu. W głowach żołnierzy dźwięczały jeszcze słowa „nie oddamy nawet guzika od płaszcza”. A tu nagle wszystko runęło. Śmierć dowódcy pułku stała się dodatkowym ciosem – opowiada Stanisław Urbanik. – Ojciec wraz z kolegami został przetransportowany do stalagu XVIIA koło Wiednia i otrzymał stosunkowo niski numer 1597.
To był początek wojennej tułaczki. Franciszek Urbanik przeszedł jeszcze przez 7 różnych stalagów. – „Rasa panów” postrzegała polskich jeńców jak ludzi gorszego gatunku. Gdybym określił, że traktowano ich jak zwierzęta, byłoby to nieprawdą, bo w cywilizowanych społeczeństwach nikt nie głodzi ani nie znęca się nad psem czy kotem, a kiedy chorują zapewnia się im pomoc – snuje refleksje. – Ojciec razem z innymi jeńcami cierpiał głód, przechodził choroby. Doświadczył wielu upokarzających sytuacji, jak choćby stanie nago na długich apelach, podczas mrozów okryty tylko kocem. Zmorą więźniów były insekty, udręką katastrofalne warunki sanitarne.
Byt Franciszka Urbanika poprawił się dopiero, gdy trafił do obozu w górskiej miejscowości w Alzacji. Lagier 491 w Ursprung znajdował się w ewidencji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, więc jeńcy otrzymywali paczki żywnościowe z Genewy. Wiarę w człowieczeństwo przywrócili im też Alzatczycy. To oni dostarczali do obozu jedzenie czy nawet tytoń. Przynosili też informacje z frontów uzyskane dzięki nielegalnemu nasłuchowi wiadomości radiowych z Wielkiej Brytanii.
– Wyobrażam sobie, jakie emocje przeżywał ojciec, gdy nagle dowiedział się, będąc tak daleko poza domem, że Hitler i Mussolini spotkali się w specjalnie wybudowanym schronie kolejowym w Stępinie niedaleko Strzyżowa – zauważa.
Polskich jeńców ulokowano w budynku nieczynnej szkoły. – Do zamontowania krat w oknach zaangażowano miejscowego fachowca. Ten zawołał ojca i po niemiecku powiedział, że zostawia w jednej kracie niezabezpieczone pionowe pręty. Stwierdził, że „kiedy przyjdzie taki czas, może im się to przydać” – opowiada Stanisław Urbanik. – Wiele razy zastanawiałem się czy była to oddolna inicjatywa czy też akcja lokalnego ruchu oporu?
Uciekajcie drogą w dół
Jeńcy codziennie harowali od świtu do nocy przy wyrębie lasów. Raz czy dwa razy zezwolono im uczestniczyć we mszy św. w kościele we Fréland, kilka kilometrów od Ursprung. Proboszczem był tam ks. Raymond Voegeli.
– Pewnego razu powiedział ojcu, że przyjdzie czas, a otrzyma list z poleceniem, które ma wykonać, a kartkę zniszczyć – relacjonuje syn. – W nocy z 26 na 27 sierpnia 1944 r. posłaniec od proboszcza przyniósł list, w którym było napisane: „Dziś w nocy uciekajcie drogą w dół”. Wszyscy byli zdezorientowani. „Jak uciec, gdzie się ukryć?!” pulsowało im w głowach. Wtedy ojciec przypomniał sobie, że kraty da się wyjąć.
Jeńcy wydostali się na zewnątrz budynku. Jeden z uciekinierów sięgnął jeszcze po płaszcz i zaczepił o coś w celi. Hałas obudził wachmanów. Jeńcy doskoczyli, by ich unieruchomić. – Jeden z wachmanów, Ludwik Blau, zaczął prosić ojca, aby ich nie zabijali. Ojciec pamiętał, że był to człowiek, który nigdy nie znęcał się nad więźniami. Wytłumaczył mu: „Musimy was związać, bo gdy przyjedzie Wehrmacht lub Gestapo, to padnie podejrzenie, że pomagaliście nam w ucieczce”. Tak ich pozostawiono. Żeby utrudnić Niemcom kontakt z nadrzędną jednostką, ojciec zniszczył aparat telefoniczny.
Teoretycznie wolni wyszli na drogę obok obozu. Tam czekał na nich przewodnik, który zaprowadził ich do kryjówki. Była to jama wydrążona przez wodę w starej, nieczynnej kopalni. – Organizatorzy ucieczki na skalnej półce położyli deski, trochę słomy na legowiska. Na ścianach i suficie zaczepiono koce, prześcieradła, aby chronić ukrywających się przed wodą lejącą się z góry. Ten sposób okazał się mało skuteczny – opowiada syn żołnierza. – Otrzymali dwa karabiny i kilka granatów, co dawało złudne poczucie bezpieczeństwa. Wystarczyło, że Niemcy wrzuciliby do otworu dwa, trzy granaty i wszyscy by zginęli. Na wyposażeniu mieli jeszcze dwa wiadra na nieczystości, lampę naftową, świeczki, które zapalano tylko w czasie posiłków i przy zdarzeniach szczególnych. W pozostałych chwilach trwali w ciemności.
Poniżej kryjówki biegła droga stale używana przez wojska niemieckie. Pewnego dnia jeden z żołnierzy przypadkowo znalazł się tuż przy wejściu do skrytki. Zauważył jeżyny i zaczął je zrywać. Obserwowała to Eugénie Gorius, która była jednym z głównych organizatorów ucieczki. Na szczęście Niemiec odszedł. Wystarczyłby niewielki odgłos, albo zapach dymu z papierosów, żeby jeńcy, a w konsekwencji i ich dobroczyńcy zostali zdemaskowani. A to nie było tylko kilka rodzin. W pomoc dla ukrywających zaangażowała się cała miejscowość. Prawie wszyscy mieszkańcy przynosili jedzenie w umówione miejsce, skąd odbierano je, by podrzucić Polakom. – Dla mnie to fenomen socjologiczno-psychologiczny, że wszyscy w okolicy wiedzieli o zbiegach, ale nikt ich nie zdradził, nikt nie doniósł Niemcom.
W tych dramatycznych okolicznościach znalazło się i miejsce na miłość. Jeszcze w obozie pomiędzy jeńcem Janem Piąstką, a Francuzką, która mieszkała w pobliżu, zawiązało się uczucie. Kiedy Polacy uciekli, kobieta na własną rękę zaczęła ich szukać. Odnalazła kryjówkę i próbowała nawiązać kontakt z Janem. To jednak potęgowało niepokój wśród ukrywających się. W końcu Jan Piąstka zdecydował, że opuści kopalnię i towarzyszy. Wywołał przerażenie. Przyrzekł co prawda kolegom, że ich nie zdradzi, ale oni nie mieli złudzeń. Wiedzieli, że jeżeli wpadnie w ręce Niemców, a ci zastosują tortury, nadejdzie kres ich dni. Oświadczyli, że Jan nie ma powrotu do kryjówki, a gdy go zobaczą przed wejściem, to strzelą do niego. Bo nie będą pewni, czy nie idą za nim wrogowie. Jan przyrzekł, że jeśli Niemcy go znajdą, popełni samobójstwo. I wyszedł…
Sytuacja psychiczna jeńców z każdym dniem stawała się gorsza. Jedni modlili się, inni zupełnie zobojętnieli. Los wydawał się przesądzony. Momentem próby stała się też ciężka choroba jednego z nich. Groziła mu śmierć i konieczna była interwencja lekarza. – Wiem, że choremu udało się uratować życie. Niestety, nie znam szczegółów.
Niemcy szaleli po okolicy
Gestapo, które przyjechało na inspekcję obozu, zastało zamknięty budynek i nienaruszone kraty. Po wejściu do wewnątrz oficer z wściekłością zaczął tłuc pejczem po ścianach więzienia aż uderzył w okno. Rozległ się charakterystyczny brzęk nieumocowanych prętów. Wtedy stało się jasne, jak uciekli jeńcy. Psy tropiące pokazały kierunek ucieczki, ale tylko do pewnego miejsca, dalej gubiąc ślad. Stąd drogę posypano zmielonym pieprzem, więc zwierzęta odwracały się i biegły z powrotem. – Sytuacja była dla Niemców upokarzająca. Cały lagier nr 491 wyparował bez śladu. Poszukiwania nic nie dały. Aby ratować twarz, ogłoszono tryumfalnie, że wszyscy jeńcy polscy zostali schwytani i stosownie ukarani – mówi syn Franciszka.
Pod koniec 1944 roku do Fréland zbliżyły się wojska amerykańskie, by przynieść Alzacji upragnioną wolność. Rozpoczęło się przemieszczanie wojsk niemieckich. W gospodarstwie pani Gorius zakwaterowali się oficerowie niemieccy. Sytuacja stała się bardzo niebezpieczna, bo w domu przebywali Niemcy, a w stodole obok domu ukryci byli Polacy, których wydostano z dziury w kopalni. Front zbliżył się bardzo szybko i 6 grudnia 1944 roku pierwsi żołnierze amerykańscy pojawili się w obejściu rodziny Gorius. Wtedy – najprawdopodobniej brat pani Gorius, Léon, otworzył drzwi stodoły i powiedział Polakom: „Wychodźcie, jesteście wolni”. Oficer niemiecki, który był w tym czasie w domu Francuzów, kiedy zorientował się w sytuacji, złapał mapy, pistolet, to co miał w zasięgu ręki i wyskoczył przez okno. Uciekł z innymi żołnierzami niemieckimi. Jeńcy polscy wyszli ze stodoły w swoich starych mundurach, a Amerykanie zaczęli krzyczeć i pokazywać, by podnieśli ręce do góry. Polacy wpadli w popłoch – czyżby z jednej niewoli mieli dostać się do następnej? Po sprowadzeniu tłumacza sytuacja została wyjaśniona.
Pierwszą czynnością poza identyfikacją było przeprowadzenie z Polakami indywidualnych wywiadów dotyczących zachowania wachmanów. Ks. Voegeli i rodzina Gorius rozpoczęła przygotowania, by świętować odzyskanie wolności i uratowanie jeńców. Uczta miała być jednocześnie pożegnaniem. Wojsko amerykańskie wycofało Polaków na tyły frontu i grupowało z więźniami innych obozów. Następnie przetransportowano ich do Marsylii, a stamtąd przedwojennym transatlantykiem „Batory” do Neapolu, gdzie zostali wcieleni do II Korpusu Polskiego gen. Wł. Andersa.
Historia ojca i jego wojenne wspomnienia zapadły głęboko w podświadomość syna. – Zawsze intrygowało mnie, czy epizod związany z ucieczką jeńców przetrwał w środowisku, czy pamięta się tam o ludziach, którzy narażali się, ratując Polaków? No i czy wydarzenia te zostały upamiętnione – nie kryje Stanisław Urbanik. – Ojciec wiele razy podkreślał poświęcenie Alzatczyków, ich odwagę oraz oddanie sprawie, której się podjęli. Bardzo często myślał o tych ludziach, którzy w zamian za pomoc, nie oczekiwali niczego, bo też uwięzieni, nie mogli im przecież niczego zaoferować poza wdzięcznością i uznaniem. Jak szczere i głębokie więzi musiały powstać w tym małym środowisku, że nikt z miejscowych nie zdradził przez 100 dni miejsca ukrycia zbiegów?!
Kiedy okoliczności życiowe pozwoliły, potomek Franciszka rozpoczął przeszukiwania. Wertował źródła i próbował nawiązywać kontakty. Po kilku latach i dzięki pomocy wielu życzliwych ludzi udało się. – Okazało się, że żyje jeszcze pięć osób, które pamiętają te zdarzenia i uczestniczyły w nich przynosząc do obozu produkty żywnościowe, artykuły sanitarne i inne rzeczy potrzebne jeńcom – informuje.
Dług, którego nie sposób spłacić
Stanisław Urbanik zainteresował historią ocalenia żołnierza 17. Pułku Piechoty IPN. We wrześniu 2019 r. we Fréland odsłonięto tablicę pamiątkową w języku polskim i francuskim. Uroczystość była bardzo podniosła i wzruszająca. Uczestniczyli w niej Francuzi i Polacy. Najważniejszymi byli rodzina Gorius oraz świadkowie odległych wydarzeń: Marie Baumann, Jeaninne Humbert z rodzinami. – Jadąc do nich, byliśmy i jesteśmy dłużnikami dobroci ich dziadków i ojców. Na szklanych wazonach, które pozostawiliśmy dla nich jako pamiątkę naszego pobytu, wygrawerowane zostały w języku francuskim następujące słowa „WASZA DOBROĆ I ODWAGA – NASZA WDZIĘCZNOŚĆ I PAMIĘĆ”. Bo wdzięczność jest pamięcią serca. Bo trzeba podkreślić z całą stanowczością, że ojciec razem ze swoimi kolegami, tak daleko od swoich domów i w tak ekstremalnych okolicznościach, jakim był obóz jeniecki, mieli szczęście spotkać dobrych ludzi.
Po powrocie z Francji do Strzyżowa pełen emocji i wrażeń zacząłem się zastanawiać, czy mógłbym jeszcze w jakiś sposób dać satysfakcję tym ludziom, którzy jeszcze żyją, a kiedyś aktywnie pomagali polskim jeńcom. Ufundowaliśmy tablicę nagrobną dla rodziny Gorius od rodziny Urbaników. Nawiązałem kontakt z Instytutem Pileckiego z Warszawy, który ma prawo składać wnioski do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o nadanie medalu „Virtus et Fraernitas” – „Cnota i Braterstwo”. Przygotowałem dokumentację i wysłałem ją do Warszawy. Po weryfikacji sporządzono wnioski dla żyjących jeszcze osób, jak i pośmiertne dla zmarłych już uczestników wydarzeń w Ursprung. Bohaterowie zostali zaproszeni do Pałacu Prezydenckiego. Gala wręczenia im medali odbędzie się w przyszłym tygodniu, 15 czerwca. – Cóż więcej można zrobić? Jak jeszcze uhonorować? Czym odwdzięczyć się za uratowanie życia? To ciągły dług, którego nie sposób spłacić…
Beata Sander


