Kapral z Godowej ocalony, dzięki odwadze Francuzów

Jeńcy w Ursprung. Wszyscy doczekali się wyzwolenia. Nie wiadomo, jaki byłby ich los, gdyby Francuzi nie pomogli im w ucieczce z łagru. Pierwszy z lewej Franciszek Urbanik, kapral z Godowej. Fot. Archiwum

Kilkunastu Polaków uciekło z niemieckiego obozu w Ursprung niedaleko Fréland. Brawurową akcję w nocy z 26 na 27 sierpnia 1944 roku zorganizowali im mieszkańcy Alzacji. Lokalna społeczność przez 100 dni ukrywała polskich żołnierzy i zaopatrywała ich w żywność oraz leki. Wszyscy jeńcy, w tym kapral z Godowej k. Strzyżowa, doczekali wyzwolenia. Choć cała miejscowość wiedziała o zbiegach, nikt na nich nie doniósł, nikt nie wydał w ręce Niemców. Za tę heroiczną postawę 6 Francuzów zostanie uhonorowanych w środę, 15 czerwca, medalem Virtus et Fraternitas. To odznaczenie Prezydenta RP przyznawane na wniosek Instytutu Pileckiego.

O tym nieprawdopodobnym ocaleniu pisaliśmy w weekendowym wydaniu Super Nowości. Wśród uratowanych był bowiem Franciszek Urbanik, żołnierz 17. Pułku Piechoty im. „Ziemi Rzeszowskiej”, armii „Karpaty”. Kapral trafił do niemieckiej niewoli już 12 września 1939 r. pod Borownicą niedaleko Birczy. Przeszedł przez 7 obozów jenieckich rozrzuconych od okolic Wiednia aż po Alzację. Z każdym dniem tracił nadzieję na odzyskanie wolności i powrót do domu. A jednak z ostatniego łagru udało mu się uciec i to razem z wszystkimi współwięźniami.

Przynosili, co kto miał, aby wyżywić zbiegów

O dramatycznych wydarzeniach, jakie dane było przeżyć kapralowi z Godowej na francuckiej ziemi
i szczęśliwym zakończeniu, rozmawiamy ze Stanisławem Urbanikiem ze Strzyżowa, synem uratowanego Franciszka.

– Czy Pański ojciec i jego towarzysze musieli uciekać z obozu w Ursprung?
– Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tych kilkunastu uwięzionych osób. W momencie, gdy do Freland zbliżały się wojska amerykańskie, wystarczyłaby desperacja zdemoralizowanego wojną Niemca, by grupa Polaków padła ofiarą zbrodni. To dość prawdopodobna hipoteza. Faktem jest, że Alzatczycy podsłuchali rozmowę wachmanów, z której wynikało, że obóz będzie ewakuowany w głąb III Rzeszy. Istniała groźba, że uwięzieni zostaną wcieleni do Wehrmachtu i wysłani na front, jako mięso armatnie. To było ostatecznym sygnałem dla Francuzów, działających pod przewodnictwem ks. Raymonda Voegeli, aby organizować ucieczkę jeńcom i to jak najszybciej.
– Gdzie ukryto tak dużą liczbę zbiegów?
– Nieprawdopodobne, ale w tej samej miejscowości, gdzie był obóz. Kryjówkę urządzono w jamie wydrążonej przez wodę w starej nieczynnej kopalni. W 2019 r. w czasie pobytu we Fréland zobaczyłem to miejsce. Określenie jama jest tutaj najwłaściwsze. Do kryjówki można było tylko pojedynczo wsunąć się do środka i na czworaka wydostać z powrotem.
– Jeńcy nie mieliby szans na przetrwanie, gdyby nie pomoc z zewnątrz?
– Absolutnie. Krajobrazowo tamtejsze okolice przypominają Podhale. Dookoła ciągną się góry i bezkresne lasy. Ucieczka z obozu nie miała żadnego sensu, bo bardzo trudno byłoby ją… przeżyć. Niemcy doskonale o tym wiedzieli, dlatego nie było specjalnych zabezpieczeń i rygorystycznego pilnowania uwięzionych. Reguły były jasne – jak wspominał ojciec – jeniec ma prawo do ucieczki, ale pilnujący go wachman ma prawo i obowiązek strzelać. Trzeba by dobrze znać teren, aby się ukryć, problemem byłoby też zdobywanie jedzenia. Miejscowej ludności głód na pewno niejeden raz zaglądał w oczy.
-Jak więc zdołali jeszcze zaopatrywać uciekinierów?
– Trudno to sobie wyobrazić. Produkty żywnościowe były wtedy reglamentowane na kartki. Ksiądz Voegeli w czasie kazań mówił do wiernych tylko: „wy wiecie o co ja was proszę”. A oni wiedzieli i przynosili na plebanię, co kto miał, aby wyżywić zbiegów. Tak było przez sto dni, aż do wkroczenia wojsk amerykańskich.
– A jak to odbywało się w praktyce?
– Posiłki przynoszono do lochu o piątej rano i drugi raz o dwudziestej drugiej w nocy, aby nie zdradzić miejsca pobytu jeńców. Oprócz tego z ukrycia potajemnie wynoszone były nieczystości i maskowane miejsca ich likwidacji. Po pewnym czasie sytuacja stała się na tyle niebezpieczna, że w stodole na terenie gospodarstwa pani Gorius, jednej z osób najbardziej zaangażowanych w pomoc, przygotowano pakamerę z desek i obłożono ją słomą. Jeńcy zostali przeprowadzeni nocą do nowego miejsca ukrycia. Tutaj było sucho i ciepło. W skalnej kryjówce, kiedy padał deszcz, na żołnierzy lała się woda. Później jeszcze kilka razy zmieniono im miejsce pobytu z powrotem na skalną jamę. Pewnie wynikało to z obawy o bezpieczeństwo. Opisując te wydarzenia, wyobrażam sobie, jak wiele rodzina Gorius poświęciła – wysiłku, nerwów i zwykłego ludzkiego lęku o siebie, najbliższych i ukrywanych Polaków.
– Niemcy na pewno nie puściliby tego płazem. Dlaczego Francuzi podjęli tak duże ryzyko?
– Od lat usiłuję odpowiedzieć sobie na to pytanie. Polacy zyskali wśród miejscowej ludności dużą sympatię i zaufanie. Na pewno też miejscowi chcieli okazać swój sprzeciw wobec Niemców. Alzatczycy nie akceptowali aneksji ich regionu do III Rzeszy. Syn państwa Gorius, Jean, w wieku 21 lat został siłą wcielony do Wehrmachtu i zginął na froncie rosyjskim w 1942 r. Od tej pory rodzina szukała okazji, aby pomścić jego śmierć i zrobiła to w najbardziej spektakularny sposób – pomagając polskim jeńcom w ucieczce.
-Wszyscy, którzy byli zaangażowani w pomoc Polakom, otrzymają medal Prezydenta RP Virtus et Fraternitas?
– Przygotowano 6 medali, bo tylko tyle przypadków znalazło potwierdzenie w dokumentach. Choć w akcję musiała być zaangażowana prawie cała miejscowość. Przecież gdyby nie coś, co można nazwać pozytywną zmową milczenia, nie udałoby się tak długo utrzymać tajemnicy. Są relacje, że ludzie odwracali wzrok, kiedy wtajemniczeni szli do kryjówki, żeby nawet przypadkiem nie poznać miejsca przebywania Polaków. Im mniej osób wiedziało, tym szanse powodzenia całego przedsięwzięcia były większe.
– To Pan wnioskował do Instytutu Pileckiego o uhonorowanie medalami bohaterów z Alzacji, a kilka lat wcześniej zainicjował upamiętnienie tych wydarzeń tablicą we Fréland. Dlaczego?
– Ojciec niezliczoną ilość razy podkreślał poświęcenie tych ludzi, odwagę oraz oddanie sprawie, której się podjęli. Bardzo często myślał, jak narażali życie swoje i najbliższych, dzielili się wszystkim, czym mogli, a w zamian nie oczekiwali niczego. Bo cóż też pozbawieni wszystkiego Polacy mogli dać swoim dobroczyńcom? Czym bezbronni jeńcy ujęli Alzatczyków, jak mogli im zaimponować, że sprawy tak szczęśliwie się potoczyły? Jak to się stało, że nikt z miejscowych nie zdradził? Taka postawa zasługuje na najwyższe uznanie. Postanowiłem chociaż w symboliczny sposób okazać im szacunek, podziękować za ich dobroć.
-Jak Pan zdołał odszukać dobroczyńców swojego ojca po tylu latach od wojny?
– Nie było to takie łatwe, bo ojciec we wspomnieniach używał nazw niemieckich, jakie nadano terenom włączonym do III Rzeszy. Mówił cały czas o obozie w Urbach. A po wojnie Alzacja została włączona z powrotem do Francji i wprowadzono tam oczywiście nazwy francuskie. Gdyby nie pomoc znajomej, świetnie znającej francuski, Anety Mularz-Matłosz, której opowiedziałem kiedyś historię ojca, pewnie by się nie udało. Kiedy rozszyfrowała nazwy, mogłem wreszcie odszukać na mapie miejsce ostatniego więzienia ojca. Nawiązaliśmy bezpośrednie kontakty; najpierw z pracownikami tamtejszego muzeum, Jeanem Marie Georgesem, Pierre’em Bertrandem i Claude’em Jacquesem, następnie z merem miasteczka Fréland, Jeanem Louisem Barlierem. Później sprawy potoczyły się bardzo szybko.
– Spodziewał się Pan, że pamięć o wojennych wydarzeniach przetrwała?
– Oczekiwałem, że może w kronice parafialnej zachował się zapis dokonany ręką księdza Voegeli. Do tego źródła nie dotarłem. Nie wiem nawet, czy taka kronika istnieje. Okazało się jednak, że żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętali niemiecki obóz. Co więcej, szybko otrzymałem fotografie oraz tekst z książki, w której pani Fogel z domu Gorius, opisała wydarzenia dotyczące polskich jeńców we Fréland. Na załączonych zdjęciach bez najmniejszych wahań rozpoznałem ojca. Największe wrażenie zrobiła na mnie fotografia grupy polskich jeńców z rodziną Gorius. W środku jest mała dziewczynka w białej sukience. Drugi od lewej z walizką stoi mój ojciec. Po prawej widać żołnierza amerykańskiego. Zdjęcie jest szczególne, bo utrwala pierwszy dzień wolności polskich jeńców, którzy odzyskali ją po pięciu latach i trzech miesiącach niewoli. U dołu widnieje odręczny napis: 6.XII.1944 roku rodzina Gorius z Polakami. Ojciec nigdy tego zdjęcia nie widział. Ma ono oczywiście dla mnie znaczenie szczególne. Ogromne emocje towarzyszyły także naszej wizycie we Fréland, kiedy mogłem porozmawiać ze świadkami wydarzeń i poznać Anne Marie Mathieu, córkę pani Gorius. Tam we Francji spotykaliśmy się na każdym kroku z serdecznością, życzliwością i dobrocią, porównywalną do tej, jaką ich ojcowie i matki obdarzyli kiedyś polskich jeńców. Dla takich przeżyć i wzruszeń warto było pokonać wszystkie trudności, a nawet więcej, gdyby było trzeba…

Beata Sander