
Latem 1921 roku do łańcuckiego banku weszło dwóch mężczyzn. Chcieli wymienić pół tysiąca dolarów na polską walutę. Bardzo się spieszyli. Swoim nerwowym zachowaniem wzbudzili podejrzenia. Jeden z kasjerów na wszelki wypadek zawiadomił miejscową policję. Tymczasem poradził niecierpliwym interesantom, by dokładnie przeliczyli zielone banknoty. To ich zgubiło.
Pod bankiem błyskawicznie zjawił się wezwany patrol. Kiedy funkcjonariusze weszli do banku, przestraszeni mężczyźni próbowali uciekać. Policjanci byli jednak szybsi. Jeden z funkcjonariuszy stanął w drzwiach banku, drugi wyjął pistolet i nakazał położyć torbę z pieniędzmi na kontuarze.
Po wylegitymowaniu okazało się, że to Stanisław Szpunar i Franciszek Morycz. Obaj już na posterunku policji próbowali ukryć, że się znają. Morycz utrzymywał, że poznał Szpunara przypadkowo na ulicy i że ten za butelkę wódki zaproponował interes: Morycz wejdzie z nim do banku i pomoże w wymianie dolarów na polską walutę. Okazało się to nieprawdą. Podczas procesu przed sądem w Rzeszowie we wrześniu 1921 roku Katarzyna Szpunar (zbieżność z nazwiskiem bandyty przypadkowa) rozpoznała Stanisława Szpunara i zeznała, że to on strzelał do jej męża, Andrzeja Szpunara, kiedy napadnięto na ich dom w Wysokiej. A Morycz stał na „czujce” podczas napadu. Obaj mężczyźni okazali się członkami bandy niejakiego Rutkowskiego…
Bali się zemsty
Wojciech Rutkowski, miał wówczas dwadzieścia kilka lat, ukończył zaledwie trzy klasy szkoły ludowej. Po pierwszej wojnie światowej został hersztem bandy, która napadała i siała postrach wśród mieszkańców ziemi łańcuckiej i rzeszowskiej. W 1921 roku wraz ze swoimi kompanami – Morycem, Szpunarem i Gawłem – Rutkowski wyruszył do niewielkiej miejscowości Wysoka koło Łańcuta. Pod osłoną nocy bandyci napadli na Szpunarów. Wtargnęli do domu i zażądali pieniędzy. Obudzony kuksańcem i hałasem Andrzej Szpunar bronił się przed napastnikami i został zastrzelony. Bandyci zrabowali pół tysiąca dolarów.
Policja po aresztowaniu Moryca i Szpunara, a potem także i trzeciego bandyty
– Gawła, rozpoczęła poszukiwania herszta bandy – Rutkowskiego. Mężczyzna przez kilka miesięcy skutecznie się ukrywał. Tak zastraszył mieszkańców podłańcuckich wiosek, że ci, w obawie przed zemstą bandyty, kryli go przed policją. Naczelnik gminy w Strażowie przedłożył nawet świadectwo moralności dla Rutkowskiego, w którym napisał, że tenże nikomu krzywdy nie uczynił.
Wreszcie bandyta wpadł w zasadzkę na polach pod Strażowem. Ktoś z mieszkańców wioski zdecydował się jednak złamać zmowę milczenia.
Marszałek nie miał litości
Proces Wojciecha Rutkowskiego w lipcu 1922 roku wzbudził w Rzeszowie ogromne zainteresowanie. Przed rzeszowskim zamkiem zebrał się tłum ciekawskich, którzy obserwowali jak zakuty w kajdany i łańcuchy morderca prowadzony jest na salę rozpraw. Choć rozpoznała go żona zamordowanego mieszkańca Wysokiej, że to on był tym, który kazał swoim kompanom zabić jej męża, Rutkowski próbował nieudolnie kłamać. Tłumaczył, że owszem, brał udział w rzeczonym napadzie, ale z morderstwem Szpunara miał niewiele wspólnego, ponieważ stał „na czujce”. Adwokat Rutkowskiego podnosił podczas procesu, że nie można było rozpoznać, kto dokładnie wydał rozkaz zabicia męża Szpunarowej, ponieważ w czasie napadu była noc, bandyci mieli umazane na czarno twarze, więc trudno jednoznacznie wskazać winowajcę. Katarzyna Szpunarowa bez wahania wciąż podtrzymywała, że tego głosu, który nakazał zabić jej męża nie zapomni do końca życia. Zeznała również, że pamięta budowę ciała i sposób poruszania się herszta bandy.
Ostatecznie Rutkowskiego pogrążył jego kompan, Morycz. Zeznał on bowiem przed sądem, że: Rutkowski rozkazał im „kto zbliży się do was, zawsze strzelać” i to on dysponował wiedzą, że nieboszczyk Szpunar miał pieniądze i dlatego namówił ich na napad na jego dom.
Po naradzie sąd wydał wyrok – kara śmierci przez rozstrzelanie. Rutkowski począł chwytać sędziego za togę i błagać o litość. Adwokat pocieszył herszta bandy, że jest jeszcze możliwość zatelefonowania do Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego z prośbą o łaskę. I tak uczyniono. Telefon odebrał adiutant marszałka. Po kilku godzinach o drugiej po południu 31 lipca z kancelarii Marszałka nadeszła wiadomość: bandytę należy rozstrzelać.
Wyprowadzono więc skutego w kajdany Rutkowskiego na podwórze sądu. Tam pluton egzekucyjny uczynił swoją powinność. Tak zakończyła się kariera bandziora, który jeszcze nie tak dawno terroryzował okolicę.
Arkadiusz Bednarczyk


