
Rozmowa z Bartkiem Piziakiem, jednym z pomysłodawców i organizatorem Podkarpackiego Kalejdoskopu Podróżniczego. Wydarzenia, na które szykują się fani nie tylko z naszego regionu.
– Gdybyś miał w trzech zdaniach podsumować te wszystkie lata, to jakby to brzmiało?
– Hmm, to nie będzie łatwe, ale spróbuję. Gdyby ktoś w 2008 – 2009 roku, kiedy w bólach rodziła się idea „Kalejdoskopu” powiedział, że doczekamy się tych kilkunastu edycji, to pewnie bym nie uwierzył. Co więcej, bardzo jestem szczęśliwy, że przez te lata udało nam się stworzyć jedną z największych tego typu imprez w kraju, która ma swoją wierną publiczność i to jest jej największa – moim zdaniem – wartość. Bo właśnie dla ludzi, dla spotkań z nimi i naszymi gośćmi organizujemy to wydarzenie.
– Pomimo pandemii przez dwa lata festiwal odbywał się wirtualnie. Teraz wracacie z pokazami na żywo. Są emocje?
– Tak, pandemia przewartościowała nam zdecydowanie różne kwestie życiowe, a że podróżowanie w tym czasie było prawie niemożliwe, chcieliśmy podtrzymać tradycję naszych spotkań, także w formule wirtualnej. Uznaliśmy, że wszyscy potrzebujemy rozrywki, oderwania się od smutnych statystyk i cieszyliśmy się, że chociaż w ten sposób możemy poczuć kalejdoskopową atmosferę. Teraz wracamy do formuły stacjonarnej i nie możemy się już doczekać 4 listopada, kiedy rozpoczniemy festiwal Akademią Młodych Odkrywców. Jest energia, bo choć zapisy na spotkania dla uczniów trwały zaledwie kilkanaście godzin, to sala na ponad 500 miejsc została wypełniona. Podobnie wygląda sprzedaż biletów na festiwal. Jak teraz rozmawiamy, to obawiam się, że zostały już ostatnie wolne miejsca.
– Prowadzisz statystyki? Ilu widzów przewinęło się przez te wszystkie edycje, ilu gości?
– Dobre pytanie. Pasowałoby kiedyś rzeczywiście usiąść do tabelek, choć przyznam się, że statystyka, jako przedmiot nie był moim „konikiem” na studiach. Ale same statystyki lubię, choć one w przypadku „Kalejdoskopu” mają dla mnie drugorzędne znaczenie. Oczywiście najbardziej cieszy mnie, gdy sala wypełniona jest po brzegi. I najfajniejsze jest to, że przez te wszystkie lata, każdą z tych sal, które miały od 260 do 900 miejsc, udało nam się zapełnić! A co do prelegentów – prosty przelicznik – rokrocznie mamy ok. 20 gości, więc możemy założyć, że przez 13 poprzednich edycji przewinęło się ich co najmniej 250.
– Sam dużo podróżujesz, ale nie przypominam sobie, żebyś miał jakąś prelekcję.
– Przyjmuję zasadę, że jak coś organizuję i odpowiadam za całokształt, to nie biorę się jednocześnie za własny pokaz, bo coś na pewno się nie uda. A nie lubię „bylejakości”. Na profesjonalne przygotowanie ciekawej opowieści trzeba poświęcić sporo czasu, tym bardziej że poziom prelekcji z roku na rok rośnie. Ale nie ukrywam, że jak doczekamy 15. edycji Podkarpackiego Kalejdoskopu Podróżniczego, to już mam w głowie pewien pomysł i rzeczywiście, będzie to wtedy moja opowieść.
– To jaką przygodą podzieliłbyś się z widzami w pierwszej kolejności?
– Przygód podczas podróży rzeczywiście, jak sam wiesz, nie brakuje. Jedne są wesołe, inne bardziej mrożące krew w żyłach i niekoniecznie z „happy endem”, ale takimi, które jako pierwsze przychodzą mi do głowy i chętnie je opowiadam, są te, dotyczące ludzi spotykanych „w drodze”. Często mają one swoją kontynuację, albo okazuje się, że nagle masz całe grono wspólnych znajomych, ktoś Ci pomógł, a potem w zaskakujących okolicznościach, kilka lat później, możesz mu się zrewanżować… Oczywiście dzisiaj, gdy podróżowanie na inne kontynenty stało się bardziej dostępne, łatwiejsze i tańsze, o takie spotkania także łatwiej, ale jak przypominam sobie te sprzed 15 – 20 lat, to naprawdę były to niesamowite historie.
– A jak Twoim zdaniem zmieniło się w tym czasie podróżowanie?
– Tak jak wspomniałem, podróżowanie stało się przede wszystkim dużo bardziej dostępne i tańsze. Dziś podróż do Azji czy Ameryki Południowej nie robi już nas większego wrażenia. Ktoś kupuje bilet, zapisuje kilka adresów internetowych w telefonie i leci z jakimś mniej lub bardziej określonym celem. Świat nam się skurczył naprawdę do niewielkich rozmiarów, ale uważam, że jeśli ktoś chce znaleźć swoje miejsce, podróżować „po swojemu”, z plecakiem czy namiotem, to też nie będzie miał z tym problemu. Wszystko zależy od naszych potrzeb i motywacji.
-Zmienił się też sposób opowiadania o przygodach czy odwiedzanych atrakcjach?
– Diametralnie. Kto jeszcze 15 lat temu myślał o „influencerach”, twórcach internetowych czy profesjonalnych blogerach, których obserwują setki tysięcy ludzi z całego świata? Ich storki, krótkie filmiki w różnych serwisach czy „bajeczne” fotografie, na które nałożonych jest pięć filtrów, mają miliony polubień, a często są sponsorowaną formą dotarcia do klientów. Nie wiem czy o to chodzi, bo dla mnie jest to czysty konsumpcjonizm i po prostu mnie to nie bawi, ale taki jest dzisiejszy świat. Jeśli ktoś czuje się spełniony, bo ma wirtualne audytorium, to Ok. Nie chcę też takiego zachowania do końca krytykować, bo ktoś może powiedzieć, że z nami – jako organizatorami czy prelegentami festiwali podróżniczych – przed prawie 15 laty było podobnie. Wtedy takie publiczne prelekcje i spotkania z ludźmi na żywo, były też pewną formą podróżniczego „ekshibicjonizmu”, który sprawiał nam jakąś satysfakcję i radochę. Jeśli więc robimy coś pożytecznego, w realu czy w świecie wirtualnym, i nasze działania mają pozytywne przesłanie, uważam, że należy to robić! Byleby robić to dobrze.
– Jaki byłby wymarzony gość, który jeszcze nie pojawił się w Rzeszowie, ale bardzo chciałbyś zaprosić go na okrągłą rocznicę.
– Chyba nie ma takiego nazwiska. Szczerze mówiąc, wśród tych 250 – 300 prelegentek i prelegentów, którzy mieli okazję być na Kalejdoskopie Podróżniczym, udało nam się do Rzeszowa ściągnąć praktycznie wszystkich, których chcieliśmy. Fakt, na kilka osób nie stać nas ze względów finansowych, ale czy mam kogoś wymarzonego? Chyba nie. Ale już teraz obiecuję, że na przyszłoroczną 15. edycję zrobimy coś ekstra!
Grzegorz Król


