
Skandal – tak najkrócej można określić to, co stało się w hali Uniwersyteckiego Centrum Lekkoatletycznego. Przez błąd ekspertów Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, którzy źle wyznaczyli długość torów, anulowano aż 5 rekordów, które padły podczas Halowych Mistrzostw Polski juniorów.
– Najgorsze, że mocno się to odbija na wizerunku Rzeszowa. Już pojawiają się komentarze, że nie ma tu po co przyjeżdżać, panuje dziadostwo, a hala jest słaba – komentuje Bogdan Karkut, trener i prezes UKS Tiki-Taka Kolbuszowa. Jego podopieczna Magdalena Niemczyk, podczas lutowych zawodów ustanowiła dwa rekordy Polski U-20. Najpierw przebiegła 200 metrów w czasie 23.53 s, kilka dni później uzyskała wynik 23.49 s.
O błędach mówiło się od dawna
To właśnie w przypadku tego dystansu pojawił się problem. Bieżnia w hali liczy 200 metrów, tyle też ma najkrótszy, wewnętrzny tor. Pozostałe są dłuższe na łukach, dlatego linie startowe muszą być wymalowane w odpowiedniej odległości od siebie. I tu pojawił się błąd. Gdy niedawno ponownie je zmierzono, okazało się, że wyznaczone do dystansu 200 m odcinki na torach od 2. do 6. są za krótkie o ok. 20 centymetrów. – Odpowiedzialni byli za to eksperci z PZLA. Oni wskazują osoby, które to kontrolują, oni wydają na tej podstawie homologację, oni później organizują zawody. Odpowiadają za to od początku do końca – tłumaczy prof. dr hab. Wojciech Czarny, dyrektor Instytutu Nauk o Kulturze Fizycznej Uniwersytetu Rzeszowskiego. – Urządzenia, z którymi oni tu przyjechali były perfekcyjne i wyglądało to bardzo profesjonalnie.
Jak zatem doszło do takiej sytuacji? – Ktoś coś źle obliczył przy malowaniu linii startowych. Mówiło się o tym od dawna. Słyszałem, że któryś z działaczy z innego województwa zadał sobie trochę trudu i ręcznie, na kolanach, mierzył te dystanse. Wyszło wtedy, że trochę tych centymetrów brakuje, ale traktowaliśmy to jako dziwne pogłoski. Niestety, one się potwierdziły. Doszło do tego podczas malowania dodatkowych linii, których wcześniej nie było, do dodatkowych dystansów na 150 metrów – opowiada Bogdan Karkut.
PZLA… wyraża współczucie
Oświadczenie w tej sprawie w tym tygodniu wydał PZLA. Przyznaje, że w wyniku błędu ludzkiego miejsca startów na dystansie 200 metrów zostały źle wyznaczone, tłumaczy, że „taka sytuacja w historii wydanych w ostatnich latach ponad 100 Świadectw PZLA dopuszczających obiekty do oficjalnej rywalizacji wydarzyła się po raz pierwszy” i dodaje, że „wszystkie pozostałe urządzenia w hali wykonane są prawidłowo, a bieżnia posiada potwierdzoną kolejnymi raportami prawidłową nominalną długość 200 m (dokładnie 200,019 m), i nie jest za krótka.”
W dalszej części PZLA kaja się i twierdzi, że „sytuacja nie powinna mieć miejsca”, wyraża „współczucie i żal”, i zapewnia, że „obiekt będzie w pełni, prawidłowo przygotowany do organizacji zawodów – zgodnie ze wszystkimi przepisami i regulaminami – w nadchodzącym sezonie halowym”. – Dla nas najważniejsze jest to, że PZLA szykuje się do poprawek. Z tego jesteśmy zadowoleni, szkoda tylko zawodników i rekordów, które tutaj padły – mówi prof. Wojciech Czarny.
Magda i tak jest rekordzistką
Rekordów na dystansie 200 m w trakcie mistrzostw pobito 5. Oprócz dwóch Magdaleny Niemczyk z UKS Tiki-Taka Kolbuszowej, również dwa wywalczył Marek Zalewski z AML Słupsk, piąty przypadł Martynie Seń z Agrosu Zamość. – Ci zawodnicy są bardzo pokrzywdzeni, zwłaszcza, że w niektórych mediach pojawiły się tytuły takie, jak: „Ustanowili rekordy…, bo bieżnia była za krótka”. A to jest nieprawda. Bieżnia była za krótka o jedną stopę, a oni poprawili rekordy o 2, 3 metry. Przeliczyliśmy, że te 20 centymetrów to są 2, 3, może 4 setne sekundy, a Magda pobiła rekord o 38 setnych. Nawet trener kadry do niej napisał, że dla niego i tak jest rekordzistką Polski, i zawsze nią zostanie – mówi Bogdan Karkut.
Poza opublikowanym oświadczeniem PZLA nie zrobił nic, żeby przeprosić zawodników. – Nawet nie próbowali się z nami skontaktować – dodaje rozgoryczony trener. – Warszawa to jedynie karę może dać, do tego zawsze są chętni. Wystarczy spóźnić się z rejestracją zawodnika, już 500 zł sobie życzą. Bardzo tego pilnują, ale żeby sami mieli za coś przeprosić, to nie za bardzo. To w ogóle jest instytucja, od której ciężko coś dobrego uzyskać. Tak naprawdę, to my wychowujemy zawodników, my ponosimy wszelkie koszty. A jak wśród tych setek osób pojawi się jakaś perełka, to oni chętnie ją przejmują. Potem występują w telewizji i jest pięknie. A tak naprawdę to wszystko spoczywa na samorządach, dotacjach z gmin i hobbystycznej pracy trenerów, bo pieniędzy z tego nie ma żadnych.
Jak dowiedzieliśmy się na Uniwersytecie Rzeszowskim, w hali na razie trwają nowe pomiary, cały czas odbywają się tu także treningi. Żadnych prac naprawczych na razie nie widać.
Grzegorz Król


