Gorąca zupa w zimny wieczór

Zupę nalewają wolontariusze ze Stowarzyszenia Zupełne Dobro. Dziś to zalewajka, inaczej nazywana polewką. Rozgrzewa
i żołądek, i ręce. Fot. Wit Hadło

Przed godz. 19 na placu Ofiar Getta  w Rzeszowie ustawia się spory ogonek. Za czym kolejka ta stoi? – Za zupą – odpowiada jeden z mężczyzn. Wydaje się, że wszyscy się tu znają. – Różni ludzie tu przychodzą. Czasami w lecie jest ich więcej, bo w zimie idą do schroniska albo do rodziny – mówi Marzena Lutyńska, prezes Stowarzyszenia Zupełne Dobro, która organizuje „Zupę na Placu”. – Jest spora rotacja. Pojawiają się nowe osoby, inne znikają.
 
Tak centrum miasta w każdy poniedziałek zamienia się w centrum dobra. Tu każdy, kto tego potrzebuje, może liczyć na rozgrzewający posiłek i… dobre słowo.
– Staramy się, aby te zupy były smaczne i treściwe – precyzuje Marzena Lutyńska. – Do tego kawa czy herbata zawsze rozgrzeje – dodaje prezeska.
– Dziś jest polewka z kiełbasą i ziemniakami – mówi mężczyzna, któremu właśnie nalano porcję.
Mariusz jako nastolatek trafił do poprawczaka. – W 1986 r., jak z niego wyszedłem, poszedłem do schroniska dla nieletnich w Łańcucie. Po 11 dniach wolności trafiłem do kryminału, bo kradłem
– przyznaje. – A jak się w ten tryb wpadnie, to trudno z niego wyjść – nie kryje. Jest bezdomny, ale nie chce tego zmienić. Bo nie zamierza żyć jak inni. – Mogę chodzić, gdzie chcę. Nikomu krzywdy nie robię – podkreśla. – Podoba mi się wolność takiego cygańskiego losu. Prześpię się pod drzewem albo na ławce.
Jak zamierza spędzić zimę? – A tego jeszcze nie wiem. Mam dom po babce, jest tam wersalka, więc jak przyjdą mrozy, można się przespać – twierdzi. O zupie na placu powiedział mu kolega. – Przychodzę co tydzień, bo dobrze karmią. Tłusto, aż mi kapie po brodzie – śmieje się. Na los nie narzeka. – Ludzie są dobrzy. Jak pojadę na Malawę, to też mnie na obiad wołają
– opowiada.
Kamil na uszach ma słuchawki. Przedstawia się jako artysta. Gra na gitarze, klawiszach. Oprócz tego śpiewa. – Mieszkam, gdzie chcę. Zdarza się, że i pod mostem. Teraz jestem w Rzeszowie, bo mi tu dobrze. To moja ziemia – twierdzi. Dla niego w życiu liczy się miłość i wolność. Kiedy pytają go jednak, co słychać u dziewczyny. – Dała mi kosza – wyznaje, ale nie wygląda na mocno załamanego.

Z Krakowa do Rzeszowa

Zupa na placu Ofiar Getta zaistniała pięć lat temu. Pomysł był z Krakowa. Tam działała jako „Zupa na plantach”. Gotowali ją wolontariusze. Wśród nich była pani Marzena. Kiedy przeprowadziła się do Rzeszowa, postanowiła, że i tu też będzie pomagać. – Razem ze znajomymi stworzyliśmy „Zupę na placu”, zastanowiwszy się, w jakim miejscu rozdawać posiłki, żeby był dobry dojazd, aby można było tę zupę przywieź autem. Co ważniejsze, aby ludziom się w jakiś sposób kojarzyło – mówi Marzena. Najbliższej był plac Ofiar Getta. – Potrzebujący znają to miejsce. Jest tu blisko ze schroniska Brata Alberta, z dworca i Rynku. Można trafić bez problemu – opisuje kobieta.
Na początku przychodziło tylko po kilka osób. – Oni przekazywali sobie wiadomość o zupie, a my roznosiliśmy ulotki. Nie mieliśmy też stałego miejsca, gdzie gotowaliśmy – wspomina prezeska stowarzyszenia.
Zupa powstawała w prywatnych mieszkaniach albo u ojców dominikanów w klasztorze. Potem stowarzyszenie gotowało przy ul. Szopena. Tam postawiono pierwszą lodówkę foodsharingową, gdzie można było zostawić jedzenie i je zabrać, jeśli ktoś był głodny. Teraz wynajmują lokal przy ul. Sondeja. Przygotowania zaczynają się ok. godz. 16. Wtedy robią zupę i paczki. Pomaga im kilkanaście osób: dzieci ze szkoły, dorośli, a nawet obcokrajowcy z wymiany studenckiej. – To dla nas duże wsparcie. Im więcej osób, tym szybciej idzie – zaznacza Marzena Lutyńska.
Potem zawożą gotową zupę na plac Ofiar Getta. Przychodzą po nią bezdomni, ale nie tylko. Są też młodzi ludzie, dwudziestokilkuletni, i ci, którzy są na rencie, albo mają niskie pensje. Tak jak pani Lucyna, która od 40 lat mieszka na ul. Okulickiego. Teraz jest sama. Trochę dorabia sprzątając. Co robi tutaj taka elegancka kobieta? – A tak sobie przyszłam, bo mam blisko – mówi. – Gotuję w domu i bardziej niż na zupę przychodzę towarzysko. Mam gdzie mieszkać, ale muszę sama opłacać rachunki. Jeszcze pracuję, ale nie mam dużo – przyznaje. I dodaje, że zupa rozchodzi się w półgodziny. Ludzie się jednak nie rozchodzą. Bo tu można pogadać, pożartować i pośmiać się.

Także odzież i opieka lekarska

Wszystko działa tu w określonym porządku. – W zimie mamy też ciepłą odzież, buty, koce, kołdry, śpiwory – wymienia. Magda cieszy się z otrzymanych ubrań. To młoda kobieta. Niedosłyszy. Chwali się, że dostała płaszcz przeciwdeszczowy.
– Będę miała do pracy. Przynajmniej wiem, że nie zmoknę – mówi. Jedna z kobiet skarży się, że zapisała się na buty, ale ich nie dostała. – Widocznie nie mieliśmy ich w magazynie – spokojnie tłumaczy jej Marzena Lutyńska.
Kto daruje ubrania? Ludzie dobrej woli. Czasem ktoś zorganizuje zbiórkę w firmie czy w szkole. Inni oddają to, czego już nie noszą. Na placu stoi też karetka. Tam opatrzą każde skaleczenie czy ranę. Bezpłatnie udostępnia ją Podkarpackie Centrum Ratownictwa Medycznego. Na początku nie było zainteresowania pomocą lekarzy, ale i to szybko się zmieniło. – Co poniedziałek zgłasza się ok. 15 osób – podaje prezeska stowarzyszenia.
– W tym roku otrzymaliśmy dofinansowanie z miasta – zaznacza Marzena Lutyńska. Dzięki wsparciu miasta w czwartki wolontariusze mają specjalne dyżury przy Sondeja. Wtedy też jest pomoc medyczna, kawa, herbata. – Ale też można z nami po prostu pobyć – mówi pani Marzena. – Oprócz tego wychodzimy i szukamy potrzebujących po mieście – wymienia. Stowarzyszanie pomaga też w dostaniu się do lekarza. – Idziemy z nimi, żeby pomóc się zarejestrować, bo się wstydzą albo nie wiedzą, jak to zrobić. Towarzyszymy u fotografa, jeśli chcą sobie zrobić zdjęcie do dowodu. Wspieramy w zapisach na detoks, odwyk czy wypełnianiu dokumentów do MOPS-u, aby mogli dostać pomoc finansową czy skierowanie do schroniska na zimę – mówi Marzena Lutyńska.

Autobus ciepła

Od połowy listopada po Rzeszowie jeździ miejski autobus ciepła. Tam też jest zupa i kawałek świeżego pieczywa. Posiłki przygotowuje Rzeszowskie Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta. Bus jeździ od poniedziałku do piątku. Zatrzymuje się przy Zarządzie Transportu Miejskiego, kościele Matki Bożej Różańcowej, obok hali widowiskowo-sportowej na Podpromiu i na parkingu przy parku Papieskim. – To bardzo ważne, by osoby będące w trudnej sytuacji otrzymały niezbędną pomoc. Ciepły posiłek to podstawa, a dzięki tej akcji, będziemy mogli dotrzeć z nim jeszcze bliżej tych, którzy są w potrzebie – przekonuje Konrad Fijołek, prezydent Rzeszowa.
O to, aby nie przechodzić obojętnie obok śpiących na mrozie, apelują policjanci.
– Jeśli widzimy takiego człowieka, nie wahajmy się zadzwonić pod numer alarmowy, aby powiadomić o tym funkcjonariuszy. Każde takie zgłoszenie jest natychmiast sprawdzane – zapewnia policja. W Wojewódzkim Centrum Zarządzania Kryzysowego działa bezpłatna całodobowa infolinia 987. Pod tym numerem można uzyskać informacje o placówkach przygotowanych do przyjęcia osób w sezonie jesienno-zimowym. Taki telefon może uratować komuś życie.
– Bezdomni są tacy sami, jak my – przekonuje pani Lucyna. Mariusz mówi z uśmiechem: – Trzeba pomagać, bo dobro wraca…

Kinga Dereniowska