Pierwszym, który 41 lat temu zginął podczas pacyfikacji kopalni „Wujek”, był Zbigniew Wilk spod Stalowej Woli. Osierocił żonę i dwoje dzieci. To dla niego i ośmiu pozostałych, którzy wówczas zginęli, w minioną niedzielę w Jeziorze Tarnobrzeskim zanurzyły się pamiętające o nich anioły.
Charytatywne morsowanie ku pamięci „Dziewięciu z Wujka” odbyło się w Jeziorze Tarnobrzeskim 11 grudnia.
– Chcieliśmy uczcić pamięć o zmarłych w pacyfikacji strajku w kopalni „Wujek”. Bo gdzie lepiej upamiętnić zmarłych górników, jak nie w jeziorze, które było kopalnią? – uważa Łukasz Szpunar, organizator tego wydarzenia i cyklicznej imprezy Jezioro Aniołów.
W programie niedzielnego spotkania nad Jeziorem Tarnobrzeskim znalazł się materiał słowno-muzyczny przedstawiający kontekst historyczny, prezentację sylwetek poległych, przemówienia i odśpiewanie patriotycznych pieśni. Potem odbyło się wspólne wejście do wody z pochodniami.
Wydarzenie organizowane było przy wsparciu i pod patronatem prezydenta Tarnobrzega Dariusza Bożka oraz Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności w Katowicach.
W Tarnobrzegu pamięć o poległych w kopalni „Wujek” jest ciągle żywa za sprawą bliskich Zbigniewa Wilka, który pochodził spod Stalowej Woli. Kilka lat temu, świadkowie tamtych wydarzeń opowiadali o tym, co się wtedy wydarzyło, a o czym, mimo upływających lat, wciąż trudno im zapomnieć.
– U nas stan wojenny zaczął się już 12 grudnia. Późnym wieczorem milicjanci przyszli po przewodniczącego związku z naszej kopalni – wspominał Krzysztof Pluszczyk, przewodniczący komitetu, uczestnik pacyfikacji „Wujka”. – Powiedzieli, że było włamanie do siedziby związku i że musi iść. Zorientował się, że coś tu jest nie tak. Nie wpuścił ich i wewnętrzną linią zadzwonił na kopalnię. Kilku górników pobiegło pod jego mieszkanie. Natychmiast zjawili się tam także zomowcy. Górnicy zostali pobici, połamano im nosy, żebra. Przewodniczącego zabrała esbecja. Gdy zmasakrowani górnicy wrócili do kopalni, zaczął się strajk.
Z górnikami w tych tragicznych dniach był także ks. Henryk Bolczyk. Odprawił w kopalni msze św. 13 i 14 grudnia. 15 grudnia, sytuacja była już tak napięta, że na eucharystię nie było szans. Byłoby to zbyt ryzykowne, kapłan i górnicy odmawiali więc różaniec. Gdy byli przy 49 „zdrowaśce” ktoś krzyknął „idą!”. – Wszyscy się rozpierzchli, mnie schowali w jakimś magazynku. Myślałem, że już żywy stamtąd nie wyjdę, ale Bóg miał inny plan. Naszą modlitwę, to ostatnie „Zdrowaś Mario” dokończyliśmy, ale dopiero w 1990 roku, już po odzyskaniu niepodległości.
16 grudnia około godz. 9 na teren kopalni przybył dyrektor Maciej Zaremba, zastępca szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego płk. Piotr Gębka z płk. Czesławem Piekarskim i wiceprezydentem Katowic, Jerzym Cyranem. Kiedy delegacja próbowała zabrać głos, górnicy zaczynali śpiewać hymn państwowy oraz pieśń „Boże, coś Polskę”. O godz. 10 siły pacyfikacyjne zaczęły zajmować wyznaczone pozycje. Kopalnię odcięto od miasta i o godz. 11 rozpoczęto akcję „oczyszczania przedpola”, czyli rozpędzenia tłumu zgromadzonego przed bramą.
– Zgromadzili na nas ogromną siłę. 22 czołgi, 45 bojowych wozów, kilkadziesiąt wozów milicyjnych, armatki wodne i kilka tysięcy milicjantów – wspominał Krzysztof Pluszczyk. – Zanim do nas dotarli, musieli rozgonić tłum, który bronił do nas dostępu. Ludzie zagradzali drogę własnymi ciałami, wieszali się na lufach. A oni bili i lali zimną wodą z armatek i kobiety, i dzieci. W końcu się przebili. Rzucali na nas ogromne ilości gazu. Niektórzy nigdy nie wrócili po tym do zdrowia. Bito nas i katowano.
– O tym się nie mówi, ale bestialstwo zomowców było takie, że bili nie tylko górników, ale i personel karetek, które przyjechały na miejsce. Bito lekarzy, pielęgniarki i kierowców. Zatrzymywano karetki wiozące rannych, zrywano im bandaże, jednemu wyrwano dren płuca z klatki piersiowej. Nikt za to nie odpowiedział. Lekarze, którzy byli wtedy w „Wujku”, napisali nawet list do gen. Jaruzelskiego, w którym zauważyli, że nawet hitlerowcy się tak nie zachowywali, ale pozostał bez odpowiedzi.
W pacyfikacji „Wujka” zginęło 9 górników: Jan Stawisiński, Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk i Zenon Zając, a 21 zostało rannych.
mrok


