
– Żeby tu funkcjonować trzeba mieć współczujące a zarazem „twarde” serce – takie słowa usłyszał Kazimierz Stępnik z Leżajska od ojca Zdzisława Grada, który był jego przewodnikiem po Madagaskarze. W ciągu 6 tygodni szybko zrozumiał, co podkarpacki misjonarz miał na myśli…
Misjonarz z Grodziska Dolnego zrobił na Kazimierzu Stępniku ogromne wrażenie – zarówno duchowością, pracowitością jak i skromnością. – Ojciec Zdzisław już od 33 lat działa na Madagaskarze, oddaje całego siebie tym biednym ludziom i wciąż mu się chce! To taki cichy święty – nie kryje podziwu.
Choć duchowny mógłby żyć wygodnie na Czerwonej Wyspie, ograniczając się tylko do pomocy w sferze wiary, nie ustaje w staraniach, by i na inne sposoby poprawiać los jego mieszkańców. Nie stosuje przy tym dla siebie taryfy ulgowej.
– Działa dla idei. To człowiek który zasuwa na okrągło po 12 godzin. Każdego dnia wstaje ok. 4 rano i pracuje do samej nocy, m.in. uczy ludzi upraw. Wiele czasu spędza też w swoim ogrodzie, hoduje króliki i inne zwierzęta – opowiada. – Trudno zresztą zobaczyć w nim księdza, bo… chodzi w starych ubraniach z chińskiego lumpeksu. W swojej posłudze przemierza dziesiątki kilometrów wyboistych dróg motorem, płynie łodzią, nierzadko chodzi piechotą…

Z buszu do szkoły
Ojciec Grad dobrze przygotował Kazimierza na przyjazd i to, co zastanie na Madagaskarze. Jednak podczas 1,5 miesięcznego pobytu musiał przypominać swojemu gościowi: „Nie chodzi o to, żeby im wszystko dawać, bo jak będziesz się nad każdym użalał i płakał, to nic nie zrobisz. Zginiesz, przepadniesz. Trzeba dać wędkę, nie rybę!”.
Na podanie takiej wędki pozwala Adopcja Serca organizowana przez ojca Zdzisława i jego Stowarzyszenie Missio Misericordiae. W jej ramach każdy może zaadoptować duchowo jednego z maluchów. Wpłacając 40 zł miesięcznie zapewnia mu szkołę i posiłek. – Nie są to przypadkowe dzieci. Ojciec wybiera te najbardziej potrzebujące, często bezdomne, ale też rokujące, jeśli chodzi o talenty. Posyła je do szkół, bo właśnie w młodych upatruje możliwości poprawy losu mieszkańców – tłumaczy Kazimierz Stępnik. – Kiedyś ksiądz pokazał mi pewną dziewczynę. Opowiadał, że wyciągnął ją z buszu. Była sierotą. Bardzo sponiewierana. Przez lata w ogóle się nie odzywała. Ojciec zabrał ją do szkoły. Zaczęła się uczyć. I choć na początku trudno było złapać z nią kontakt, teraz jest już normalną, uśmiechniętą uczennicą. Zresztą odwiedzając miejsca adopcyjne, szkoły prowadzone przez zakonnice widziałem, jak bardzo ich podopieczni różnią się od rówieśników, którzy nie dostali takiej szansy. Są śmielsi, odważniejsi.
I nie ma znaczenia, że najmłodsi, by dotrzeć do szkoły, muszą często pokonywać piechotą nawet 15 km. Cieszą się, że tam idą. Dodatkową motywacją jest też to, że mogą codziennie liczyć na śniadanie…
– Nasze stowarzyszenie ma pod opieką ponad 2 tysiące dzieci na całym Madagaskarze. Każda Adopcja Serca to szansa na poprawę losu kolejnego malucha – podkreśla leżajszczanin. On sam ma wielu podopiecznych. Wśród nich są także młodzi studenci. Mało kogo stać tam na opłacenie wyższego poziomu kształcenia, więc pomoc z zewnątrz jest nieodzowna.
– Tam komórka czy laptop to prawdziwy luksus. Elektronika jest dużo droższa niż w Polsce, mimo że jest z Chin i „piątej kategorii”. Wszystko, co nie przejdzie żadnej kontroli, sprzedaje się u nich – tłumaczy nasz rozmówca. – Ktoś, kto ma aparat, jest „kimś”. Widziałem ludzi, którzy chodzili po ulicy z… niewłączonymi telefonami, głośno rozmawiając. Oglądano się za nimi z podziwem.
Nie bez przyczyny więc Kazimierz, lecąc na Madagaskar, zabrał ze sobą 80 kg bagażu wypchanego elektroniką! – Chodziłem i wciąż chodzę po ludziach zbierając stare telefony czy laptopy. Dla nas to czasem zabytek, w dodatku za śmieszne pieniądze. Dla nich to coś nieosiągalnego – przekonuje. – Jako osoba świecka, skupiam się na stronie materialnej, bo tylko tak mogę pomóc. Co innego ojciec Grad, który wspiera nie tylko ciała, ale i dusze.
Duchowny z Podkarpacia działa niestrudzenie, nawet podczas swojego „urlopu”. – Kiedy przyjeżdżał do Polski, to zamiast odpoczywać, biegał po kościołach, znajomych i zbierał datki dla swoich parafian. Nic dziwnego, że jego zasługi zauważono w kraju, w którym przebywa ponad 30 lat i dziś może pochwalić się obywatelstwem malgaskim.

Nie wróci do Polski?
Teraz przed księdzem kolejne wyzwania, bo dostał nową misję, gdzie znów zaczyna pracę od podstaw. – To go dodatkowo motywuje – podkreśla Kazimierz Stępnik. – 60-tysięczne miasteczko Mandritsara, gdzie trafił, oddalone jest o 2 dni jazdy od stolicy. Tam już kończy się droga, a w porze deszczowej nie ma możliwości stamtąd wyjechać, bo auta zapadają się w błoto po dachy.
Jak podkreśla nasz rozmówca, dla ojca Zdzisława nie ma rzeczy niemożliwych. Zresztą bardzo szybko dał znać o swojej obecności w nowym miejscu. Dzięki niemu nad miastem góruje już piękna grota Matki Bożej. Teraz zbiera finanse na budowę dużej sali parafialnej oraz kościoła.
Kazimierz wspiera go, jak może. – Też traktuję to jako swoją misję. Katolicy powinni właśnie tak działać, dzielić się. Jesteśmy przecież jedną rodziną – podkreśla były pracownik Super Nowości. – Ojciec Grad powinien być dla nas przykładem. To przecież nasz duchowny przywraca godność mieszkańcom Madagaskaru. Pomaga przetrwać i daje wiarę oraz nadzieję, że coś w ich życiu się zmieni. Wiem, że pragnie pozostać z tymi ludźmi. On już do Polski nie wróci…
Aneta Jamroży


