Sokół jak Venezia

Fot. Archiwum

Wygrana Rawlplug Sokoła Łańcut nad kroczącym od zwycięstwa do zwycięstwa Śląskiem Wrocław odbiła się szerokim echem nie tylko w polskich mediach. Matteo Cazzulani, włoski korespondent mieszkający od lat w naszym kraju, był w Łańcucie nie pierwszy raz w tym sezonie i szeroko rozpisywał się o ww. meczu.

Włoski dziennikarz porównuje Sokoła Łańcut do piłkarskiego zespołu Venezii z sezonu 1998-1999. Wówczas to ekipa z Wenecji po awansie do Serie A była kandydatem numer jeden do spadku i wszyscy wróżyli, że przygoda z ekstraklasą potrwa sezon. Początek sezonu nie był okazały: sześć porażek i dwa remisy, ale z czasem, gdy dokonano zmian (sprowadzono m.in. Alvaro Recobę) Venezia zaczęła wygrywać i to nie z byle kim. Na swoim małym specyficznym stadionie Lagunari (przydomek wywodzący się od laguny, na której leży miasto Wenecja) wygrywali z AS Romą, Lazio, Fiorentiną czy Interem Mediolan. Obiekt, który otaczały weneckie kanały, stał się w pewnym momencie twierdzą nie do zdobycia. Venezia zakończyła sezon na jedenastym miejscu. Matteo Cazzulani szuka porównań w tej historii do rzeczywistości Sokoła, który w swojej małej hali odsyła z kwitkiem faworytów Energa Basket Ligi. Włoch specjalizuje się w europejskiej koszykówce i regularnie odwiedza polskie hale. Jak pisze o sobie, jest też specjalistą od historii i Dante Alighieriego. Jego ulubionymi zespołami są Fortitudo Bologna, oraz Chorwackie KK Split i KK Zadar.
W Łańcucie twardo stąpają po ziemi. Euforia po wygranej nad mistrzem Polski już minęła i zespół przygotowuje się do wyjazdowego meczu z wicemistrzem Polski, Legią Warszawa. – Myślimy o każdym kolejnym meczu. Gdzieś musimy szukać zwycięstw, bo naszym celem jest utrzymanie – mówi Marek Łukomski, trener Rawlplug Sokoła i dodaje:. – To tylko jeden mecz…, ale widząc jak wiele radości wygrana, właśnie ze Śląskiem, dała kibicom w Łańcucie, mam satysfakcję. Fanom, którzy przed laty kibicowali wielkiemu Śląskowi z Wójcikiem czy Zielińskim, po zwycięstwie nad obecnym zespołem kręciły się łzy w oczach. Bez wątpienia Śląsk jest i dziś najlepszą drużyną ekstraklasy, ale podkreślę, że do każdego spotkania przygotowujemy się tak samo i nie wybiegamy za bardzo myślami w przyszłość – mówi trener Łukomski, pod którego wodzą zespól wygrał wszystkie trzy mecze we własnej hali z Suzuki Arką Gdynia, BM Stalą Ostrów Wlkp. i Śląskiem. – Nie mam patentu na faworytów. Po prostu wierzę w naszą pracę. Nie mógłbym bez wiary wykonywać tego zawodu, choć zdaję sobie sprawę, że chyba nikt na nas nie stawiał w meczu ze Śląskiem. Moim celem jest to, by tę wiarę przelać na koszykarzy, drużynę. Sam byłem ciekawy, jak to zadziała. Widziałem w szatni, że jest fajna atmosfera, że nikt nie pamięta o porażce ze Spójnią 63:96, gdy zmagaliśmy się z poważnymi problemami zdrowotnymi, że wszyscy są mentalnie przygotowani na Śląsk. Udało się! W sporcie trzeba mieć szczęście i ono było po naszej stronie – mówi szkoleniowiec zespołu z Łańcuta.
Skąd ta odmiana, metamorfoza skazywanej na spadek drużyny, która na początku sezonu przegrywała mecz za meczem, ponosząc sześć kolejnych porażek. A teraz potrafi wygrać nie tylko z niżej notowanymi zespołami? Przysłużyła się nam wymiana zawodników. Lee Moore odszedł do Włocławka – mówi Marcin Nowakowski, kapitan Rawlplug Sokoła. – Role w zespole inaczej się porozkładały. Wygraliśmy pierwszy mecz na wyjeździe w Lublinie, potem u siebie. Wróciła pewność siebie, o tych porażkach na początku już tak naprawdę nie pamiętamy. Patrzymy, że się tak wyrażę, w górę tabeli. Koncentrujemy się na następnych meczach. Zostało ich jeszcze 15. W drugiej rundzie nie składamy broni. Miejmy nadzieję, że utrzymamy dla Łańcuta ekstraklasę, a może dokonamy czegoś więcej – ocenił 33-letni rozgrywający zespołu z Łańcuta, któremu nową jakość dali pozyskani już w trakcie sezonu Amerykanie – rozgrywający Corey Sanders, znany z występów w Astorii Bydgoszcz, oraz środkowy Adam Kemp, który w poprzednich rozgrywkach wywalczył srebrny medal z Legią Warszawa. – Adam dużo wniósł – blokuje pod koszem, zbiera sporo piłek, jest naszą podporą w obronie. Z kolei Corey napędza ataki i nasza gra zupełnie inaczej wygląda. Jesteśmy monolitem, mamy dziesięciu zawodników do grania, każdy chce wyjść na boisko. A jeśli już się na nim znajdzie, daje z siebie wszystko. Tylko się cieszyć – stwierdza kapitan drużyny, który podkreśla też rolę trenera Łukomskiego. Z 42-letnim szczecinianinem na ławce zespół ma remisowy bilans: trzy zwycięstwa i trzy porażki.
– Trener przyszedł i wyczyścił nam głowy, zresetował zespół, odmienił spojrzenie na koszykówkę. Jest razem z nami wielkim wygranym tej sytuacji. Ale pamiętajmy, że to dopiero półmetek. Do końca rozgrywek jeszcze dużo czasu
– mówi Nowakowski, którego zespół czeka teraz seria meczów wyjazdowych.
– Przed nami wyjazdy do Warszawy, Włocławka, Szczecina i Słupska, „gorący” teren w każdym z tych miast. Stąpamy twardo po ziemi, choć kibice już by chcieli, jak napisano w jednym z artykułów, by Sokół leciał do play-off – uśmiecha się trener Łukomski, którzy mocno wierzy w utrzymanie zespołu. – Chcę to zrobić, wypełnić misję dla miejscowych ludzi zakochanych w koszykówce. Ostatnio doszedł do nas kolejny sponsor, inwestor prywatny, dzięki któremu udało się zakontraktować Jamesa Eadsa III i Michała Kołodzieja. To pokazuje, że to co robimy jest ważne dla lokalnej społeczności – kończy trener Rawlplug Sokoła.

rm