Mieszkańcy Dębicy wstrząśnięci śmiercią 32-letniej matki

Wczoraj w Dębicy Paweł Poncyliusz zapowiedział kontrolę poselską w tamtejszym szpitalu, gdzie na SOR trafiła 32-latka. Fot. Aleksandra Żurek

Dlaczego z transportem 32-letniej pani Justyny czekano tak długo? U kobiety wykryto tętniaka rozwarstwiającego tętnicy głównej, wymagała natychmiastowej operacji w szpitalu w Rzeszowie. Jednak do karetki wsiadła dopiero po trzech długich godzinach od diagnozy. Zmarła w drodze… Z tą tragedią wciąż nie mogą pogodzić się mieszkańcy Dębicy, którzy wczoraj przybyli przed budynek tamtejszego Starostwa Powiatowego, gdzie domagali się rzetelnego wyjaśnienia tej wstrząsającej sprawy, a przede wszystkim znalezienia winnych całego dramatu.

W poniedziałek po godz. 13 przy budynku Starostwa Powiatowego w Dębicy odbył się protest mieszkańców. Przyszło kilkadziesiąt osób. – Spotykamy się tu, bo mieszkańcy nie zgadzają się na to, co się stało – mówił na początku Dominik Łazarz, działacz społeczny i aktywista, ekonomista WSIiZ. Na spotkaniu miał być także pan Krzysztof, mąż pani Justyny, ale ze względu na sytuację rodzinną nie dotarł. Był za to poseł Paweł Poncyliusz, znany jako ambasador Podkarpacia. Mówił, że spotkał się z mężem zmarłej. – Taka straszna rzecz mogła spotkać każdego mieszkańca Dębicy
– mówił poseł do zgromadzonych. – 24 stycznia zmarła pani Justyna, prawdopodobnie dlatego, że nie zareagowano na jej problemy zdrowotne odpowiednio szybko i nie przetransportowano do szpitala, który byłby w stanie wykonać operację kardiologiczną – uważa Paweł Poncyliusz. I pyta: – Dlaczego nie sprowadzono śmigłowca? Przecież jest lądowisko…

Nie doczekała się operacji…

Na konferencji zaprezentowano sekwencję zdarzeń z tego koszmarnego dnia. Justyna cały czas była w kontakcie SMS-owym ze swoim mężem, który zajmował się dziećmi w domu. W ten sposób Dominik Łazarz ustalił przebieg wydarzeń. Miały one wyglądać tak:
Godz. 16: Pani Justyna źle się poczuła. Miała duszności i ból w klatce piersiowej. Wezwano karetkę, a ta zawiozła ją na SOR w Dębicy. – Pan Krzysztof musiał żonę sprowadzić z IV piętra do ambulansu, który nawet nie został zaparkowany pod właściwą klatką. To jest skandal – relacjonował Dominik Łazarz.
Ok. godz, 17.20: Kobieta zostaje przyjęta na SOR. Pani Justyna pisze do męża, że czuje się gorzej. Spada jej ciśnienie i tętno.
Ok. godz. 21: Zostaje wykonana tomografia komputerowa. Wskazuje ona, że kobieta ma tętniaka. Trzeba pilnie wykonać operację serca. Zapada decyzja o przewiezieniu kobiety do Rzeszowa.
Godz. 21.40: Mąż dzwoni na SOR. Pracownicy wiedzą, że kobieta powinna być przetransportowana, ale Justyna nadal pozostaje w Dębicy.
Godz. 23: Pan Krzysztof przyjeżdża na SOR. Przywiózł jej niezbędne rzeczy. Nie wie, że widzi żonę ostatni raz…
Po godz. 24: W końcu pani Justyna doczekała się transportu karetką. Niestety, w drodze jej stan się pogarsza. Dochodzi do zatrzymania krążenia. Ratownik resuscytuje kobietę, a karetka zajeżdża do szpitala w Sędziszowie. Tam kobieta umiera kwadrans po godz. 1…

Poseł zapowiada pomoc

Ludzie na proteście pytali, dlaczego nie ma dyrektora szpitala w Dębicy. Poseł odpowiedział, że jest na wyjeździe. – Spokojnie sobie jedzie na urlop. Gratuluję mu mocnych nerwów – powiedział Paweł Poncyliusz. I dodał, że otrzymał on informacje od pracowników, że na SOR-ze jest za mało pielęgniarek i że jest zaniżana liczba łóżek… – Może to właśnie zła kondycja finansowa była przyczyną tego, że nie zdecydowano się na transport pani Justyny śmigłowcem? – zastanawiał się poseł Poncyliusz. Wezwał on radę powiatu do tego, aby zajęła się sprawą szpitala na najbliższej sesji. – Skieruję wniosek do starosty, aby natychmiast przeprowadził kontrolę sytuacji szpitala i SOR-u, skieruję także pismo do NFZ – zapowiada. Obiecał też pomoc rodzinie zmarłej. Chciałby również, aby śledztwo w tej sprawie zostało przeniesione do Rzeszowa. Obecnie śledztwo w sprawie narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu pani Justyny przez ratowników medycznych oraz personel SOR prowadzi Prokuratura Rejonowa w Dębicy. Następnie poseł udał się do starostwa, ale nie zastał urzędnika. Pismo odebrał jeden z jego pracowników.

Kinga Dereniowska