Zapisy jak w PRL-u?!

Fot. Intenet, Vinted

Gdy półki sklepowe uginają się od towarów dla dzieci i młodzieży, wszystko jest na wyciągnięcie ręki i portfela, obiektem pożądania i zwielokrotnionej wartości staje się to, co unikatowe i niedostępne. Takie przedmioty zyskują specjalny status.

Jedni je dropią, a inni sprzedają. Dropić. Słowo klucz, które dla młodzieży nie jest tajemnicą. Starsi zazwyczaj muszą je „wygooglować”. Drop to wypuszczenie do sprzedaży, lub wylosowanie możliwości wzięcia udziału w zakupach, rzeczy z limitowanej kolekcji – zazwyczaj butów czy ubrań – albo puli produktów w niezwykle atrakcyjnych, promocyjnych cenach. Coś jak PRL-owskie losowanie talonu na malucha. Żeby go kupić, nie wystarczały pieniądze, trzeba było jeszcze zostać szczęśliwym właścicielem glejtu, który taki zakup umożliwiał.
Modne jest także kupowanie rzeczy, których nie można po prostu kupić w sieciówkach. Ich posiadanie oznacza prestiż i czysty zysk. Większy, jeśli oprzemy się pokusie i nie ubierzemy wydropionych butów lub ciuchów i mniejszy, jeśli się nimi pocieszymy i sprzedamy jako używane. Bo nawet na takich da się nieźle zarobić.

Dropią nawet w szkolnych toaletach

– Najczęściej dropi się buty, bo na nie jest największy popyt i największy zysk – mówi 16-letnia Maja z Tarnobrzega.
– Firmy informują, kiedy będzie drop. Wówczas należy się na niego zapisać i czekać na wynik. Można zapisać się na buty, które samemu chce się upolować, albo takie, które są akurat teraz modne, a w sklepach są kilkakrotnie droższe niż na dropie. Na przykład, znana marka butów, oferuje drop danego modelu za około 600-700 zł. W normalnej sprzedaży jest on za ponad 4 tysiące. Jeśli uda nam się takie buty wydropić, to jeszcze tego samego dnia, można je wystawić za połowę tej ceny i na czysto mamy zysk rzędu 200 proc.
Dropienie butów wśród młodzieży jest obecnie mega popularne. A że zapisy na dropy często odbywają się w godzinach przedpołudniowych, to nieraz dokonują ich jak nie w czasie lekcji, to wychodząc na chwilę do szkolnej toalety.
– Nie jest łatwo coś fajnego wydropić, ale łatwo jest wydropioną rzecz sprzedać – tłumaczy Maja.
– Są osoby, które czekają aż model, który udało im się upolować zyska na wartości i trzymają daną rzecz, obserwując ceny. Za rok, czy dwa, może być ona jeszcze droższa. Niektóre modele butów sprzed kilkunastu lat kosztują nawet kilkanaście tysięcy złotych. Jeśli nie wiemy, co jest na topie, łatwo to sprawdzić na portalach sprzedażowych. Ceny niektórych rzeczy mogą szokować, ale dla osób, które kręcą takie unikatowe ubrania, nie jest to wcale dziwne. Ludzie znają się na modelach, wiedzą, z którego roku jest dana seria i takie rzeczy się po prostu w tłumie wyróżniają. Bardziej prestiżowo jest mieć znane buty sprzed 10, czy 15 lat niż nowe z sieciówki.

Nierozpakowane lalki i klocki

Podobnie ma się rzecz z popularnymi zabawkami. Niby są dostępne w każdym sklepie, co kwartał firmy oferują klientom najnowsze modele i zestawy, a jednak wśród tysięcy bardzo podobnych do siebie produktów są takie, które zyskują miano kolekcjonerskich, a ich ceny przewyższają średnią krajową pensję.
– Są lalki i są klocki, które z czasem tylko zyskują na wartości. Oczywiście, jeśli nie są rozpakowane. Choć czasem nawet używane są warte więcej niż gdy je kupowano. Wszystko rozbija się o unikatowość danego przedmiotu, limitowaną edycję w jakiej trafił on na rynek. Najsłynniejsze na świecie lalki można dziś kupić w każdym sklepie zabawkowym i markecie, podobnie z najpopularniejszymi klockami na świecie – mówi pani Alicja, która szyje ubrania dla lalek i śledzi rynek kolekcjonerskich zabawek w Internecie. – Na OLX i Vinted można wyszukać oferty, które mogą wydawać się szokujące. Lalka sprzed 20 lat kosztuje 6 tys. zł, sprzed 15 lat – 4 tysiące. Przez lata nikt ich nie wyjął z pudełek. Nie są one do kupienia w żadnym sklepie, więc są unikatem na wielką skalę. Mają piękne dopracowane stroje, często są to lalki przedstawiające popularne postaci z bajek, bądź świata muzyki czy filmu. Mimo, że mają swoje lata, mogą być wspaniałym, wyjątkowym prezentem dla dziecka lub mogą ozdobić czyjąś kolekcję. Ofert zabawek kupionych przed laty w „zwykłych” cenach, a sprzedawanych po latach ze sporym narzutem, jest naprawdę sporo. Czasem pytam o nie właścicieli, skąd pochodzą. Dowiaduję się wtedy, że są to albo stare nierozpakowane prezenty, których nigdy nie wręczono, albo nigdy nie otworzono. Czasami świadomie były kupowane po to, by zyskały na wartości. Tak samo jest z klockami, zestawy, których nie ma już w ofercie, a które były do kupienia 10 lat temu, nadal są chętnie kupowane i to za więcej niż wynosiła cena katalogowa. Z moich obserwacji wynika, że warto inwestować w markowe zabawki, bo po pierwsze, są one dobrej jakości, a po drugie, łatwo na nie znaleźć nabywców, a na niektórych nawet można jeszcze zarobić. Trzeba je tylko wydropić.

Małgorzata Rokoszewska