PODKARPACIE. Ojcowie przestrzegają swoje pociechy, a sami pchają się na operacyjne stoły.
W szpitalnych oddziałach ratunkowych zaczyna obowiązywać stan alarmowy. Pecha mają ci lekarze, którym trafił się dyżur w ostatnią noc roku. Zaraz po północy zaczną opatrywać tych, którzy zabawy nie potrafią odróżnić od głupoty. – I tak już będzie do białego rana pierwszego dnia w 2011 roku – mówi dr Robert Stelmach z Powiatowego Szpitala Specjalistycznego w Stalowej Woli.
W tę noc rozsądek daje za wygraną z brawurą. Najczęstszy sylwestrowy grzech i przyczyna większości wypadków, to odpalanie petardy w grupie ludzi. Pół biedy, kiedy kończy się na spalonym stroju, czy powierzchownym poparzeniu. Z ewentualnym pożarem straż sobie też poradzi. Gorzej, gdy trzeba wezwać pogotowie, bo nieszczęsnemu kanonierowi petarda wystrzeliła w ręce.
– Poparzenia twarzy i rąk różnego stopnia, urazy szkieletu ręki, zmiażdżenia tkanki – dr Robert Stelmach wylicza najczęstsze urazy pacjentów przywożonych do szpitala w sylwestrową noc. – Większość pacjentów po opatrzeniu wraca do domów, ale zbyt wielu trafia na operacyjne stoły. Operacje, jak chociażby szycie ścięgien, są bardzo pracochłonne i nawet gdy kończą się powodzeniem, to pacjentowi i tak zostaje pamiątka w postaci pewnego upośledzenia funkcji ręki. Gorzej, gdy jej część trzeba amputować, a i takie przypadki się zdarzają.
Mniej rozsądni, niż dzieci
Każdy chirurg, który miał dyżur na pogotowiu ostatniej nocy w roku, na pierwszym miejscu wymieni zbyt długie trzymanie petardy w ręce. Na drugim, próby ponownego odpalenia petardy, która zgasła. Co ciekawe, lekarze najczęściej udzielają pomocy dorosłym. Wypadki z udziałem dzieci są marginalne.
Dorośli, którzy są mniej rozsądni od dzieci, sami robią fajerwerki. Chińska petarda, choćby najbardziej „wypasiona”, jest niczym wobec ładunku własnej produkcji, czyli puszki wypełnionej prochem pozyskanym z pocisków zbieranych po manewrach. Odpalenie takiej „petardy” jest równoznaczne z wyciągnięciem zawleczki z granata. Kto się nie schowa, ten jedzie do szpitala. Reszta w rękach chirurga.
A skoro o rękach, to życzymy wszystkim domorosłym piromanom, by po Sylwestrze mieli tyle samo palców, co przed.
Jerzy Mielniczuk


