
Ludzie biorą żywność “na kreskę” w małych sklepach. Zwykle skrupulatnie spłacają dług i …zaciągają następny.
Jeszcze kilka lat temu w barach można było zobaczyć napisy “Na kredyt i pod zastaw alkoholu nie podaje się”. Czasem właściciel takiej pijalni piwa dowcipniej dawał klientom do zrozumienia, że “na kreskę” w jego lokalu napić się nie można. Na przykład tak: “Kredyt umarł, kryzys żyje – kto nie płaci, ten nie pije”.
Teraz rzadko widuje się takie “ostrzeżenia” w pubach czy restauracjach, ale kryzys naprawdę żyje i coraz więcej ludzi kupuje “na kreskę” czy “na zeszyt” po prostu żywność. Ma się rozumieć, że nie w dużych sieciowych sklepach, a w małych – osiedlowych, czy wiejskich. Zwykle dług jest skrupulatnie spłacany, a potem znów zaciągany jest nowy. I zwykle właściciele sklepików odmawiają sprzedaży “na kreskę” alkoholu.
– Pewnie, że mam “zeszytowych” klientów – przyznaje pani Wanda, prowadząca mały osiedlowy sklepik w Przemyślu. – Czy się nie obawiam, że ktoś nie odda? Raczej nie, bo ci, którym daję towar “na kreskę” to stali klienci – tłumaczy kobieta. – Przeważnie ludzie biorą najzwyklejsze, podstawowe rzeczy do jedzenia: chleb, masło, mleko, makarony – wylicza sklepikarka. – Choć mam takiego klienta, który “na zeszyt” bierze towary z najwyższej półki – przyznaje. – Biedny to on raczej nie jest, ale zdaje się, że ma jakieś nieregularne pobory – zastanawia się kobieta. – Najwięcej był mi winien coś 500 złotych w jednym miesiącu, ale spłacił co do grosza – dodaje.
Takich klientów jest jednak niewielu. – Większości z tych, co biorą na “zeszyt” zwyczajnie nie starcza na najzwyklejsze jedzenie – mówi ze smutkiem Krzysztof, który ma mały sklep w Przemyślu. – Mam kobiecie, która na chleb dla dziecka nie ma, odmówić? – pyta. – Daję “na bachę” i jeszcze się nie naciąłem – zapewnia. – Znam tych wszystkich “zeszytowych” klientów, to porządni ludzie, oddają. Przeważnie biorą jedzenie, czasem jakiś proszek do prania, czy papier toaletowy – opowiada mężczyzna. – Nigdy nie daję “na kreskę” alkoholu, ani papierosów, bez tego można się obejść.
Na wsi i alkohol przejdzie?
Nieco inaczej do sprawy podchodzi Krystyna, która prowadzi sklep w małej wsi w powiecie przemyskim. – Piwo też daję “na zeszyt” – przyznaje 50-latka. – Czasem wódkę – dodaje. – Ale nigdy takim klientom, o których wiem, że ich dzieci głodują – zastrzega. – Nie utrzymałabym tego mojego sklepiku, gdybym nie dawała “na kreskę” piwa, czy wina – dodaje Krystyna.
Beata z tej samej wsi właśnie robi zakupy, gdy rozmawiamy ze sklepową. – Pani Krysiu, proszę zapisać – ton kobiety jest zupełnie zwyczajny, pozbawiony skrępowania, czy wahania. – Często biorę “na zeszyt” żywność i środki czystości – przyznaje 29-latka. – Dzieci mam czworo, mąż pracuje za granicą – opowiada Beata. – Przysyła pieniądze regularnie, ale wiadomo, że to nie kokosy, a przy dzieciach to zawsze jakiś nieprzewidziany wydatek się zdarzy. A to lekarstwo, a to szkolna wycieczka – wzdycha. – Pewnie, jakby człowiek wiedział, ze nie ma możliwości wziąć “na kreskę”, to by trochę oszczędniej gospodarzył – uśmiecha się kobieta. – Ale mnie pani Krysia zna, wie, że zawsze oddaję, to i więcej mogę wziąć – dodaje, a sprzedawczyni ochoczo potakuje.
Zeszytów i klientów “na kreskę” przybywa
– Takich klientów, jak pani Beata, mam niewielu – przyznaje wiejska sklepikarka. – Ona może sobie pozwolić na lepszą wędlinę, ser, czy słodycze dla dzieci, bo choć teraz nie ma, to za tydzień albo dwa mąż jej pośle okrąglejszą sumkę z Anglii – opowiada Krystyna. – Ci, którzy żyją tu z renty, zasiłku, czy niewielkiej pensji zwykle biorą “na zeszyt” podstawowe artykuły: mąkę, makaron, cukier, czy mleko, czasem jakiś kawałek mięsa, czy kiełbasy – mówi sklepikarka. – Z reguły po otrzymaniu poborów regulują dług, ale za parę dni zaczynają nowa kartkę w zeszycie – kobieta pokazuje zapisany do połowy brulion. – Ile ja już takich zeszytów spaliłam w piecu – wzdycha.
“Orżną”, ale rzadko
Mariana, który prowadzi sklepik w innej nieodległej od Przemyśla wsi, jak mówi kilka razy “orżnięto” . – Ludzie pobrali “na kreskę” sporo towaru i powyjeżdżali za granicę – mówi szczerze. – Straciłem wówczas kilkaset złotych – przyznaje. – Poszedłem do rodziny jednego z takich dłużników, ale mnie wyśmiali. “Trzeba było mu nie dawać” – tak mi powiedzieli – wspomina mężczyzna. – Dlatego teraz daję “na bachę” tylko sprawdzonym ludziom. O dziwo, najbardziej uczciwi i najskrupulatniejsi są ci żyjący najskromniej – uważa Marian. – Ostatnio mi kobieta po uregulowaniu długu “doniosła” za mleko, bo ponoć zapomniałem doliczyć – opowiada. – Ja zapisywałem, ale ona też i wyszło jej, że to mleko niespłacone ma. Aż mnie zatkało – Marianowi łzy się w oczach kręcą. – Powiedziałem, żeby to mleko dzieciom poszło na zdrowie – uśmiecha się.
Taki model – jedzenie na kredyt?
Bieda, niestety przyciska coraz większą liczbę Polaków. Coraz częściej wielu z naszych rodaków nie ma co do garnka włożyć, także wśród tych pracujących. Ratują się wówczas kupowaniem “na kreskę” w znajomych sklepach. Tyle, że sklepikarze, ci mali, też cienko przędą, bo super i hipermarkety mają niższe ceny. Tak, czy owak – powoli u nas zaczyna panować “model amerykański”, czyli kredytowy. Jeszcze 25 lat temu Polacy ze zdumienia otwierali oczy, gdy dowiadywali się, że Amerykanie samochód, dom, czy mieszkanie mają w większości w kredycie. Teraz to także u nas norma,. Tylko, że nasza “norma” idzie dalej, Coraz więcej z nas ma jedzenie w kredycie i jeszcze dziękuje Bogu za taką możliwość.
Monika Kamińska



9 Responses to "Coraz więcej z nas kupuje “na zeszyt”"