
RZESZÓW. Fotoradary, wideorejestratory, korki, brak obwodnic – tak wygląda szara, polska rzeczywistość na drogach.
Kilka dni temu postanowiliśmy zobaczyć jak jedzie się samochodem przez Polskę, a konkretnie przez jej krótki odcinek z Rzeszowa do Przemyśla. To istny koszmar. Drogi upstrzone fotoradarami, głupimi ograniczeniami prędkości w miejscach gdzie spokojnie można jechać szybciej. Na dodatek takie “perełki” do przejechania jak Jarosław i Przeworsk, gdzie nie ma żadnych obwodnic miast. Efekt – zszargane nerwy i podróż ponad dwu i pół godzinna na odcinku niecałych 90 km. Aż strach jechać z Rzeszowa, na przykład nad polskie morze.
Co kilka kilometrów widzimy tabliczkę z napisem “Kontrola prędkości. Fotoradar”. Budki rzeczywiście stoją, ale nie wiadomo czy jest tam coś w środku czy nie. Trzeba więc ściągnąć nogę z pedału gazu i jechać zgodnie z przepisową prędkością. Jakby tego było mało w lusterku należy cały czas patrzeć czy jakiś samochód “dziwnie” nie jedzie za nami, bo przecież mogą to być policjanci z wideorejestratorem, którzy tylko czyhają na nasz błąd.
Kto stawia ograniczenia prędkości?
W wielu miejscowościach nie wiadomo z jakiej przyczyny widnieją ograniczenia prędkości do 50 km/h. Tak więc mając w perspektywie otrzymanie mandatu z fotoradaru lub wideorejstratora musimy jechać zgodnie z przepisami po równej, prostej drodze, przy której stoi parę domów. Tym samym można obserwować i podziwiać widoki, bo przy tak małej prędkości można czytać gazetę i prowadzić samochód. Co ciekawe, z górki, gdy mocniej naciśniemy pedały w rowerze, to uzyskamy podobną prędkość.
“Osiedlowa uliczka” w centrum Jarosławia
Mocno zdenerwowani przyjeżdżamy do Łańcuta i tu się zaczynają inne atrakcje w postaci korków, pomimo że nie musimy wjeżdżać do centrum. To jeszcze nic, bo jak w filmach u Hitchcocka napięcie rośnie. W Przeworsku wjeżdżamy do samego centrum i znowu stoimy w korkach. Później trasę do Jarosławia urozmaicają nam kolejne “inteligentne” ograniczenia prędkości. Dojeżdżamy wreszcie do Jarosławia i tu następuje kulminacja naszej złości. Ogromne korki, jedziemy przez centrum ulicą, która bez urazy jest gorsza niż niektóre uliczki osiedlowe w Rzeszowie. Przez bądź co bądź małe miasto jedziemy czterdzieści minut! Później jest już lepiej, choć fotoradary nadal czyhają i wywołują niepokój. Jest przynajmniej obwodnica Radymna. Wreszcie wjeżdżamy do Przemyśla, po prawie 150 minutach, zmęczeni, wkurzeni, z nadzieją, że po drodze nie ustrzeliła nas maszynka do zarabiania pieniędzy, czyli fotoradar. W normalnym kraju taki sam dystans w komfortowych warunkach pokonalibyśmy w około 50 minut albo i krócej.
***
Odechciało mi się podróżowania po wycieczce do Przemyśla. Nie dość, że benzyna droga, to jeszcze można zarobić parę mandatów ot tak, bo ktoś wymyślił, że mam jechać 50 km/h na prostym odcinku drogi, do tego korki i tak dalej. Przede wszystkim rządzący powinni wybudować drogi i obwodnice. W wielu miejscach zamiast autostrad wystarczą mi na początek proste jak stół dwa pasy w jednym kierunku, a także drogi ekspresowe. Najłatwiej jednak zostawić kartofliska zamiast prawdziwych dróg, wsadzić znak z ograniczeniem prędkości, postawić fotoradar, wysłać policjantów z wideorejestratorem i karać kierowców wmawiając jednocześnie opinii publicznej, że prędkość zabija.
Grzegorz Anton



11 Responses to "Koszmar na trasie Rzeszów – Przemyśl"