Rząd na fotoradarach zarabia podwójnie!

Fot. Archiwum

PODKARPACIE, KRAJ. Rząd nie tylko zdziera haracz od kierowców. Na fotoradarach skubie też Unię Europejską.

Kary za zdjęcia z fotoradarów i bramek odcinkowych pomiarów prędkości to tylko jedno z kilku źródeł łatania dziury budżetowej. Szeroką strugą mają też płynąć pieniądze z wideorejestratorów w samochodach policji i ITD., a także z ręcznych „suszarek”. Rząd jednak zarabia też krocie na produkcji fotoradarów, a za te urządzenia płaci unijnymi pieniędzmi.

Ile może kosztować średniej klasy aparat fotograficzny połączony z radarowym miernikiem prędkości, dyskiem do zapisywania danych i sterującym tym wszystkim procesorem?

Najprostszy fotoradar produkowany w Polsce przez firmę ZURAD kosztuje około 120 tys. zł! Urządzenie nowszej generacji, wykonujące zdjęcia kolorowe, jest o ponad 30 tys. zł droższe.

– Fotoradar to nie aparat fotograficzny z komputerem – obrusza się Jan Wojciechowski z działu marketingu firmy ZURAD. – Urządzenie rejestrujące obraz jest dużo bardziej skomplikowane. Pozostałe elementy to też nie są elektroniczne “kości”, z jakich montuje się domowe pecety czy notebooki. Podzespoły użyte do budowy fotoradaru są szybkie, precyzyjne i niezawodne, a to kosztuje. Jednak najdroższym elementem układu jest oprogramowanie sterujące całym urządzeniem. Koszt licencjonowanego oprogramowania do domowego komputera jest kilkakrotnie wyższy od samego sprzętu. W przypadku profesjonalnych urządzeń i programów, różnica wartości jest jeszcze większa.

Okazuje się, że nie jest to prawda. Reporterzy TVN24 zajrzeli do środka urządzenia. Okazało się, że jest w nim Nikon z matrycą 12 megapikseli o rynkowej cenie około 3 tys. zł.

Ta właśnie matryca pozwala ZURAD-owi wygrywać przetargi na dostawy fotoradarów dla ITD. Zagraniczni producenci fotoradarów stosują w nich kamery przemysłowe z matrycami 1 – 2 megapikseli. Takie urządzenie znacznie lepiej sprawdza się w przydrożnym fotoradarze. To jednak nie ma znaczenia dla urzędników, którzy na technice się nie znają. Za namową przedstawicieli ZURAD-u wpisują do warunków przetargu, że fotoradar ma mieć matrycę minimum 10 megapikseli i już. Ten warunek spełnia tylko produkt ZURAD-u.

A ZURAD jest częścią spółki Bumar Elektronika, której wyłącznym właścicielem jest Skarb Państwa. Dodajmy jeszcze, że na cały program fotoradarowy uzyskano z unijnych dotacji ponad 300 mln zł.

Drogocenne słupy
Fotoradary montowane są w skrzynkach na słupach, które także wytwarzają producenci fotoradarów. Jeden maszt z “gołębnikiem” kosztuje ponad 23 tys. zł.
– Maszt jest wykonany ze stali kwasoodpornej, dzięki czemu wytrzymuje agresywne środowisko spalin samochodowych – wyjaśnia Jan Wojciechowski. – Jest wyposażony w windę do opuszczania i podnoszenia skrzynki fotoradaru. Jako urządzenie stawiane w pasie drogowym ma atest Instytutu Budowy Dróg i Mostów. Najdroższa jest jednak sama skrzynka. Wyposażona jest w klimatyzację, by fotoradar pracował w odpowiednich warunkach zimą i latem. Ma doprowadzone zasilanie i ochronę odgromową. Nie sposób się do niej włamać, ani jej rozbić. Ochroni cenne urządzenie nawet przed strzałami z kałasznikowa.

Łączny koszt masztu z ustawieniem go przy drodze wynosi od 35 do 47 tys. zł. Tyle kosztuje popularny samochód klasy średniej. Na fotoradarach zarabia więc nie tylko minister finansów, ale także minister skarbu, pełniący rolę właściciela ZURAD-u.

W podziale fotoradarowego tortu nie uczestniczą inni polscy producenci urządzeń pomiarowych. Oni szukają odbiorców zagranicznych.

-W Polsce są zamawiane proste systemy kontrolne, a my sprzedajemy fotoradary o wysokim zaawansowaniu technologicznym. Dlatego też nie startujemy w polskich przetargach i dostarczamy urządzenia za granicę. Szykujemy się do przetargów w Indiach i Peru — mówi Krystian Ernest Kaczyński, prezes firmy PolCam, produkującej urządzenia wysokiej klasy.

Perfidna sieć zakazów
Fotoradary stacjonarne to jednak nie jedyne źródła rządowych dochodów z radarowego biznesu. Metoda zdzierania haraczu od kierowców jest prosta i przygotowywano ją od lat. System ten stworzono nie licząc się z życiem kierowców i innych uczestników ruchu.

Najpierw opleciono sieć polskich dróg pajęczyną odcinków z ograniczoną prędkością. Wśród nich są miejsca rzeczywiście niebezpieczne. Kierowca, który nie zna na pamięć danego odcinka drogi, nie wie, co napotka za znakiem np. “60”. Wie tylko, że wcześniej wielokrotnie za takim znakiem jechał wraz z innymi autami “dziewięćdziesiątką” i ruch odbywał się bezpiecznie.

Jedzie więc nadal te 90 km/h i nagle trafia na ostry, źle wyprofilowany zakręt. Może to też być niespodziewane przejście dla pieszych schowane za szczytem wzniesienia. Takie pułapki są śmiertelnie niebezpieczne dla kierowców i pieszych.

Takim pułapkami urzędnicy odpowiedzialni za bezpieczeństwo ruchu udowadniają, że polscy kierowcy łamią przepisy i jeżdżą niebezpiecznie. Ten dowód, okupiony krwią użytkowników dróg, posłużył jako pretekst do stawiania fotoradarów. Zamiast przebudować niebezpieczny zakręt czy przesunąć przejście we właściwe miejsce, stawia się fotoradar.

Szare słupki z żółtymi obecnie “gołębnikami” pojawiają się też w miejscach o bezsensownie ograniczonej prędkości i służą według NIK wyłącznie celowi komercyjnemu, czyli zarabianiem pieniędzy do budżetowej dziurawej kasy.

Inne skarbonki też działają
Z inicjatywy posłów trzy lata temu opracowano ustawę zabraniającą umieszczanie zamaskowanych pułapek fotoradarowych. Teraz każdy działający aparat z radarem musi być oznaczony tablicą D-51. Większość kierowców zwalnia więc w takich miejscach, a po minięciu trefnego odcinka przyspiesza. Tam czyhają na niego policjanci z ręczną “suszarką” lub jadą nieoznakowanym samochodem z kamerą i nagrywają kosztowne filmiki. Oczywiście kosztowne dla kierowców.

Krzysztof Propolski

14 Responses to "Rząd na fotoradarach zarabia podwójnie!"

Leave a Reply

Your email address will not be published.