Zadłużenie Rzeszowa rośnie co miesiąc o 6,5 mln zł!

Okrągła kładka za 12,5 mln złotych została otwarta w listopadzie 2012 r. Nie minął jeszcze rok, a kosztowna inwestycja już się sypie - pojawia się rdza na poręczach, a podest wykonany z afrykańskiego drewna odbarwił się. Fot. Archiwum
Okrągła kładka za 12,5 mln złotych została otwarta w listopadzie 2012 r. Nie minął jeszcze rok, a kosztowna inwestycja już się sypie – pojawia się rdza na poręczach, a podest wykonany z afrykańskiego drewna odbarwił się. Fot. Archiwum

RZESZÓW. W czasie 10 lat rządów Tadeusza Ferenca dług miasta wzrósł pięciokrotnie – z ponad 84 mln zł do ponad 410 mln zł. W tym roku sięgnie niemal pół miliarda.

Gdy w 2002 roku Tadeusz Ferenc przejmował prezydencki fotel po Andrzeju Szlachcie, dług miasta wynosił 84 mln 13 tys. zł. Po 10 latach jego władzy, na koniec 2012 roku, zadłużenie stolicy Podkarpacia wzrosło do ponad 410 mln 281 tys. zł. Statystycznie na każdego z mieszkańców miasta przypada więc 2 tys. 247 zł 52 gr długu. Niestety, zadłużenie ciągle rośnie. Według Wieloletniej Prognozy Finansowej, do końca 2013 roku przekroczy 497 mln 980 tys. zł.

Na początku lat 90. Rzeszów nie miał w zasadzie zadłużenia. Miasto uzyskiwało nawet nadwyżki budżetowe, które były wykorzystywane w kolejnych latach, zaś zaciągane pożyczki i kredyty szybko spłacano. Sytuacja zmieniła się w drugiej połowie dekady, gdy pojawiło się zadłużenie i już na koniec roku 2000 przekroczyło 50 mln złotych. W ciągu dwóch kolejnych lat rządów Andrzeja Szlachty dług wzrósł o kolejne ponad 34 mln zł. Na przestrzeni prawie 12 lat urzędowania prezydentów Mieczysława Janowskiego i wspomnianego Andrzeja Szlachty zadłużenie Rzeszowa urosło od zera do 84 mln zł.

Tymczasem w ciągu dwóch pełnych i trwającej nadal trzeciej kadencji urzędującego prezydenta Tadeusza Ferenca zadłużenie miasta (do 31 grudnia 2012 r.) wzrosło o kolejne 326 mln 267 tys. zł. Spirala długu rośnie w coraz szybszym tempie: w 2013 r. ma on wzrosnąć z 410 mln 281 tys. zł do 497 mln 980 tys. zł. To oznacza, że miesięcznie Rzeszów jest zadłużany na kwotę ponad 6 mln 533 tys. zł.

Dzieląc dług z końca ubiegłego roku przez liczbę mieszkańców Rzeszowa, czyli 182 tys. 548 osób (stan na 29 maja 2013 r.), otrzymamy kwotę 2 tys. 247 zł 52 gr. Tyle każdy ze statystycznych rzeszowian musiałby wyłożyć z własnej kieszeni, gdyby przyszło nam spłacać dług osobiście… Pod koniec roku kwota przypadająca na każdego z rzeszowian wzrośnie o prawie 500 zł.

Dla porównania, Olsztyn, który spośród miast wojewódzkich jest najbardziej zbliżony liczbą mieszkańców do Rzeszowa, na koniec 2012 r. miał zadłużenie wynoszące 278 mln 816 tys. 688 zł, a więc o 130 mln zł mniejsze od grodu nad Wisłokiem.

Długi zostaną dla następców
Zaciąganie kredytów samo w sobie nie jest złe. Zależy jednak, na co się je zaciąga. Rządzący muszą także mieć świadomość, że prędzej czy później trzeba je będzie spłacić. Ponieważ wiedzą, że najczęściej będą to robić dopiero ich następcy, myślą przede wszystkim o doraźnych korzyściach. To, czego politycy nie zrobiliby w skali własnego gospodarstwa domowego, robią niestety w skali kraju czy miasta.

Posłużmy się prostym przykładem. Gdy gospodyni domowa widzi, że dochody rodziny ledwo starczają na przeżycie, nie funduje sobie np. zestawu garnków za 15 tys. zł, ale
z ołówkiem w ręku gospodaruje tym co ma, tak, by starczyło jej do przysłowiowego pierwszego. Tymczasem w Rzeszowie dochody miasta co roku są przecież mniejsze od wydatków. Deficyt pokrywa się więc pożyczkami, które wciąż powiększają zadłużenie.

Na co idą te pieniądze?
Prezydent Tadeusz Ferenc wydaje pieniądze na inwestycje, które w przeważającym stopniu w żaden sposób nie przyczyniają się do faktycznego rozwoju miasta, ale za to służą budowaniu pozytywnego wizerunku prezydenta.

Przypomnijmy niektóre z nich.

  • Okrągła kładka nad al. Piłsudskiego kosztowała 12,5 mln zł. Według prezydenta i jego urzędników, miała usprawnić ruch na zatłoczonej alei. Metodą „prób i błędów” montowano i demontowano sygnalizację świetlną na skrzyżowaniu, malowano i zamalowywano pasy. W maju za 8 tys. zł zamontowano na kładce cztery ławki i osiem donic.
  • Powstająca przy al. Lubomirskich multimedialna fontanna. Razem z amfiteatrem na skarpie obok fontanny inwestycja ma kosztować prawie 7 mln zł.
  • Zimowe oświetlenie miasta, na które co roku idzie z miejskiego budżetu kilkaset tysięcy złotych. Ostatnio dekoracje świetlne kosztowały 479 tys. zł, ale w poprzednich latach koszt iluminacji za jeden sezon przekraczał 700 tys. zł!

W ten sposób w Rzeszowie marnotrawione są co roku gigantyczne pieniądze. Zamiast na prorozwojowe inwestycje, środki idą na różnego rodzaju gadżety jak palmy na Żwirowni, rabatki, kosze pomalowane w kwiatki i inne tego typu pomysły. One podobają się niezorientowanym mieszkańcom.

Czy tak jednak postępuje dobry gospodarz? W przyszłym roku czekają nas kolejne wybory samorządowe. Prezydent będzie zapewne znów chciał się popisać przed mieszkańcami i zyskać poklask. Rzeszowianie mają odczuć, że zawdzięczają Tadeuszowi Ferencowi różnego rodzaju „atrakcje”.

Już np. wiadomo, że miasto zamierza przeprowadzić remont kostki na ul. 3 Maja. To prawda, że obecna nawierzchnia nie jest w najlepszym stanie, jednak czy jej wymiana na kosztowne granitowe płyty to obecnie najpilniejszy wydatek budżetu Rzeszowa? Tymczasem przewidywany koszt tej inwestycji to co najmniej 3 mln zł.

Agnieszka Wróblewska

43 Responses to "Zadłużenie Rzeszowa rośnie co miesiąc o 6,5 mln zł!"

Leave a Reply

Your email address will not be published.