
ENEA EKSTRALIGA. Żużel nadal cieszy się największą popularnością właśnie w Polsce, jednak boom na tę dyscyplinę sportu w naszym kraju już dawno minął.
Światowa elita, coraz nowocześniejsze stadiony, lepszy komfort oglądania meczów i… coraz mniej kibiców na trybunach. Tak wyglądają obecnie realia Enea Ekstraligi. Tegoroczny rekord frekwencji (16 tys.) padł w Częstochowie. O wiele częściej jednak zdarza się, że stadionów nie udaje się zapełnić nawet w połowie, a na niektóre mecze przychodzi niespełna 2 tys. widzów.
– Za tak kiepską frekwencje odpowiedzialne są same kluby, które ustalają wysokie ceny biletów. Proszę to przeanalizować na przykładzie Rzeszowa, gdzie normalny bilet kosztuje 30 zł. Chcąc iść całą rodziną na mecz (dwoje dorosłych i dwoje dzieci), to już jest wydatek rzędu 100 zł. A gdzie do tego jakieś napoje, jedzenie, dojazd do Rzeszowa, bo przecież na mecze żużlowe PGE Marmy chodzą nie tylko kibice z Rzeszowa. Jeśli żużel jest 2-3 razy w miesiącu, to chcąc być całą rodziną na każdym meczu, trzeba się liczyć z wydatkiem nawet 500 zł – pisze w mailu do naszej redakcji pan Jacek z Dębicy.
– Ceny biletów muszą być takie, a nie inne. Sponsorów nie przybywa, a chcąc oglądać widowiska z udziałem najlepszych zawodników świata, musimy im za to zapłacić – to najczęściej słyszany głos wśród prezesów klubów Enea Ekstralig. I w tym momencie koło się zamyka…
Rzeszów ligowym średniakiem
Ceny biletów na pojedynki PGE Marmy należą do jednych z najniższych w Polsce (taniej mecz można obejrzeć tylko w Toruniu i Zielonej Góry), a mimo to frekwencja nie należy do najwyższych (plasuje się mniej więcej w środku ekstraligowej stawki). W tym roku zaczęło się nawet fantastycznie, bowiem pierwsze spotkania (z Włókniarzem i Unią Tarnów) obejrzało po 13 tys. widzów. Później było już zdecydowanie gorzej, jak chociażby na meczu z bydgoską Polonią, który zgromadził na trybunach niespełna 4 tys. widzów. Duży wpływ na taki stan rzeczy mają także godziny meczów, dyktowane przez Enea Ekstraligę i transmitującą spotkania stację nSport. Jaka bowiem jest przyjemność oglądania speedwaya w czerwcowe, upalne popołudnie np. o godz. 16? W tym przypadku pojawia się kolejna niedorzeczność: skoro wszystkie stadiony są wyposażone w sztuczne oświetlenie, to dlaczego niektóre spotkania muszą się odbywać o tak wczesnej porze?
Przesyt na zachodzie, niedosyt na wschodzie
Kolejną kwestią, która ma znaczący wpływ na liczbę widzów na trybunach jest rozmieszczenie imprez żużlowych w poszczególnych miastach Polskich. Od lat przyjęło się, że wszystko co najlepsze, odbywa się na tzw. północno-zachodniej ścianie naszego kraju. Turnieje Grand Prix i DPŚ goszczą zazwyczaj w Lesznie, Bydgoszczy, Toruniu czy Gorzowie. Pod tym względem reszta naszego kraju to przysłowiowa Polska C. Doszło już nawet do tego, że na międzynarodowe zawody w naszym kraju ciężko jest zgromadzić komplet publiczności. Najlepszym dowodem na to był turniej par na Moto-Arenie, który oglądało zaledwie około 7 tys. widzów.
Czy jest szansa, że w najbliższym czasie to się zmieni? O ile jeszcze GP jest „przywiązane” do ww. miast, o tyle inne imprezy przesunęły się na południe i wschód naszego kraju. W Częstochowie odbędzie się w tym roku półfinał DPŚ, z kolei pod koniec września Rzeszów gościć będzie ostatni turniej finałowy indywidualnych mistrzostw Europy. Czy wówczas zapełnią się trybuny obu stadionów? Wszystko zależeć będzie w głównej mierze od… cen biletów.
Marcin Jeżowski



10 Responses to "Speedway się przejadł?"