Gdzie są granice „zwariowania” i lobbingu?

Monika-Kamińska1Polacy od lat „noszą” łatkę antysemitów, co z pewnością wielu z nich humorów nie poprawia, więc usiłują dementować, tłumaczyć i robić wszystko, by tę etykietę niechlubną odpiąć albo przynajmniej zasłonić.

I słusznie, bo obraz Polaka – antysemity gdzieniegdzie na świecie z uporem pokazywany chwały naszemu społeczeństwu bynajmniej nie przynosi. Są jednak granice. W tych dniach w polskim Sejmie głosowano nad… ubojem rytualnym zwierząt. Zasadniczo nie powinno nas już żadne dziwactwo zaskakiwać, ale to niektórych jednak zaskoczyło.

A to dlatego, że jak sobie człowiek uświadomi, że mamy XXI wiek i mieszkamy w środku Europy, to dyskusja na temat rytualnych ubojów zaczyna mu się kojarzyć z czymś pomiędzy kabaretem, a snem wariata. Oczywiście, każdy ma prawo do wolności wyznania i praktykowania swej religii, ale nie może być tak, że dowolny pomysł wyznawców dowolnej religii jest przedmiotem dyskusji sejmowych i głosowań, a nawet wypowiedzi zagranicznych na temat wyników tychże głosowań. Ludzie różne mają nakazy i zakazy religijne, prawda. Jeśli wierzą, że tego chce ich Bóg, to starają się jak najlepiej wypełniać jego wolę. Nie da się jednak tak ustanowić prawa państwowego, by mówiąc językiem znanego porzekadła, każdemu dogodziło.

Dlaczego bowiem prawo do jedzenia mięsa z rytualnego uboju miałoby być jakieś lepsze, ważniejsze, poważniejsze niż na przykład prawo do składania ofiar ze zwierząt? Bo pierwsze dotyczy większej liczby wyznawców? I co z tego? Każdy ma prawo do praktykowania swej religii, więc…

Po głosowaniu, które na szczęście pokazało, że nie daliśmy się całkiem zwariować, za oceanem podniosły się oburzone głosy. O tym, że Polacy nie pozwalają, dyskryminują i nie chcą u siebie „obcych”. Nie, nie, nie. Polacy nie chcą, żeby w ich państwie wolno było poderżnąć przytomnemu zwierzęciu gardło i pozostawić do wykrwawienia. Widać do Polaków nie trafia, że to bardziej humanitarna śmierć dla zwierzęcia, niż wcześniejsze ogłuszenie go, by nie cierpiało, skoro się już zabić je musi, by je zjeść. Podobnie do Polaków nie trafia, przynajmniej na razie, że w niektórych krajach ludzie mają po kilka żon. Niech sobie mają, u nas oficjalnie wolno mieć jedną.

Ciekawe poniekąd, że nacje zwyczajowo uważające mięso psów za przysmak, nie domagają się przegłosowania u nas  prawa pozwalającego na przyrządzanie u nas psów. Nikt by poważnie z nimi o tym nie dyskutował i słusznie. No, chyba, że udowodnialiby, że jedzenie psiaków to nie zaspokajanie uciech podniebienia jedynie, a nakaz religijny. No i jeszcze potrzebne byłoby silne lobby w USA, które na taki zakaz w Polsce mogłoby się publicznie oburzyć i wspomnieć o braku tolerancji, dyskryminacji i takich tam…

Monika Kamińska

One Response to "Gdzie są granice „zwariowania” i lobbingu?"

Leave a Reply

Your email address will not be published.