
Wstyd na całą Polskę. Miasto 33 lata temu honorami obdarzyło zwykłego kata z UB i teraz nie ma chętnego, który odebrałby mu zaszczyty.
Starszy postawny mężczyzna trochę trwożliwie wkracza na salę rozpraw. Po chwili zajmuje miejsce dla oskarżonego. Jak przez mgłę patrzy w sędziego. – Nie pamiętam. Nie wiem. Jestem chory – powtarza jak mantrę.
Powieka mu nie zadrżała nawet wtedy, gdy świadek wskazując palcem mówił: – To on! Poznaję go, bo do końca życia będę go pamiętał.
Takich świadków jest wielu. Było dużo, dużo więcej, ale ludzie umierają. Większość służących krwią ojczyźnie, niestety, umarła w poczuciu bezkarności ich prześladowców. Na szczęście żyją jeszcze ostatni, co przeszli powojenne piekło i zdecydowali się o nim opowiedzieć. Ppłk Skarbimir Socha, całe swoje dojrzałe życie poświęcił poszukiwaniom katów i zabójców jego brata Tadeusza. Można powiedzieć, że rozgrzebał mętne mrowisko tajemnic niżańskiej bezpieki.
Dopadł m.in. Stanisława Suproniuka, który śmiercią wywinął się od pewnego wyroku. Dał przykład odwagi innym. Bohaterowie zaczęli mówić, a w archiwach zachowały się dokumenty z czasów budowania powojennego totalitaryzmu. Na nieszczęście dla jego budowniczych, sporo papierzysk przesiąkniętych krwią, zachowała się na Podkarpaciu. Bezpieka wszędzie była tak samo okrutna, ale gdzie indziej lepiej zatarła po sobie ślady.
W Nisku zaczęło się od Supruniuka
„Prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Rzeszowie w dniu takim, a takim skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko temu, a temu – byłemu funkcjonariuszowi Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego” – czytamy nieraz w krótkich notatkach. Oskarżyciel zazwyczaj dodaje jeszcze, co i kiedy dany ubek złego zrobił. Komunikat taki jest efektem niezwykle żmudnego śledztwa, przesłuchań wielu ludzi, którzy po pięćdziesięciu latach mają prawo nie pamiętać szczegółów, nazwisk. Są jednak chwile w każdym życiu, których się nigdy nie zapomina. Dzisiejsi świadkowie po wojnie byli ludźmi młodymi i momenty, w których ich młode życie wisiało na włosku, pamiętają doskonale.
W Nisku Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego mieścił się przy dzisiejszym Pl. Wolności. To taki paradoks, ale w większości miast i miasteczek, ubeckie i milicyjne katownie mieściły się zazwyczaj przy placach i ulicach Wolności. W Nisku karierę w bezpiece rozwijali m.in. Młynarscy, czyli ojciec i dziadek naszej pierwszej unijnej komisarz. Tu wreszcie ostrogi zdobywał wspomniany Supruniuk. To była zwykła kanalia w mundurze. Na opisanie czynów, za które powinien trafić do piekła nie starczyłoby tu miejsca. Pojmał m.in. Tadeusza Sochę, szefa kedywu AK Okręgu Nisko – Stalowa Wola, skatował go i wydał NKWD na pewną śmierć. To z jego rozkazu ubecy zamordowali Janinę Oleszkiewicz, ciężarną żonę legendarnego dowódcy zgrupowania NZW Franciszka Przysiężniaka „Ojca Jana”. Podziemie wydało na niego wyrok śmierci, ale kat z Polesia miał niebywałe szczęście. Raz nawet został postrzelony przez Skarbimira Sochę, który miał wyrok wykonać. Po latach ubek próbował skarżyć S. Sochę o …usiłowanie zabójstwa. Supruniuk przeżył sobie później pół wieku w dostatku, aż doczekał wyborczego tryumfu SLD. Wtedy wypiął pierś po Krzyż Komandorski OOP. Przypiął mu go sam prezydent Kwaśniewski, ale Supruniuk order szybko musiał oddać. Zgubiła go próżność, bo podczas uroczystej dekoracji został rozpoznany przez swoje ofiary.
Skazany, ale za bardzo chory na więzienie
– Byłem przekonany, że dawno nie żyje! – mówił przed prokuratorem w Tarnobrzegu jeden z tych, których oprawca z PUBP Nisko miał okazję przesłuchiwać. Rozpoczęło się śledztwo przeciwko Supruniukowi. Sędziowie z Niska nie wiadomo dlaczego pozbyli się kłopotu i oddali sprawę do Warszawy. Tam wlekła się niemożliwie długo. Nabrała trochę przyspieszenia, jak zniecierpliwony Skarbimir Socha napisał do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka skargę w sprawie „ochraniania przez państwo polskie komunistycznych zbrodniarzy przez celowe przewlekanie procesów i utrudnianie postępowania”. Proces został umorzony na początku 2011 r., gdy główny oskarżony zmarł. Wcześniej poumierała większość świadków. I jeszcze tylko jedno. Supruniuk na kilka miesięcy przed śmiercią zdążył jeszcze odebrać izraelski Honorowy Medal Pamiątkowy z okazji 65. rocznicy zwycięstwa nad niemieckim narodowym socjalizmem. Mimo głośnego wszak procesu, nadało mu go Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej.
Spod ręki Supruniuka wyszedł niejaki Edward P. Dziś ma 89 lat i mieszka w Stalowej Woli. O ile wierzyć oficjalnemu życiorysowi, to z rodzinnego Niechobrza do Niska trafił przez obozy koncentracyjne. Zdarzały się przypadki więźniów „kacetów”, którzy po wyzwoleniu przytulali się do UB, ale P. się nie przytulał. On w nowej pracy poczuł misję. Gorliwość w wykonywaniu poleceń i rozkazów przełożonych z lat 1949-50, już raz zaprowadziła go przed oblicze sądu. Wtedy prokurator zarzucił mu dokonanie ośmiu zbrodni komunistycznych. Miały one polegać na fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad członkami niepodległościowych organizacji: Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich oraz Młodzieżowej Organizacji Niepodległościowej „Orlęta”. Dokładnie rzecz ujmując, to P. bił przesłuchiwanych czym popadło. Pięść miał ciężką, zęby lubił wybijać, a jak go ręka bolała, to katował więźniów drewnianą pałką, nahajką, albo taboretem. Miażdżenie palców u nóg podkutymi butami, albo palców rąk w drzwiach, też miał w swoim repertuarze. Czasami topił więźniów w beczce wypełnionej wodą, aż do utraty przytomności. Ku uciesze przełożonych robił z więźniami wszystko, co mu przyszło do ubeckiej głowy. Po pięćdziesięciu latach nie pamiętał z tego nic. Na szczęście świadkowie mieli lepszą pamięć, a sędziowie odwagę skazać go na kilka lat więzienia. Nie poszedł siedzieć, bo stan zdrowia mu na to nie pozwala.
Bił kolbą i wbijał szpilki
Edward P. nie był jedynym, który bił więźniów w niżańskich kazamatach, ale on był w tym nadgorliwy i to jego przesłuchiwani zapamiętali. Już po wcześniejszym procesie, o swoich spotkaniach z „oficerem” – matury nigdy nie miał, ale lubił, gdy katowani tak się o niego zwracali – prokuratorowi z IPN opowiedzieli Antoni K. i Jan K. Oni wpadli w ręce P. latem 1950 r. Na „dołku” zostali osadzeni za przynależność do oddziału NZW Adama Kusza „Garbatego”. To był jeden z ostatnich oddziałów żołnierzy wyklętych, który wymykał się z obław UB. Bezpieka była wściekła na „Garbatego” i jego zaledwie kilku podkomendnych, operujących na pograniczu Lubelszczyzny i dzisiejszego Podkarpacia. Do tego stopnia, że został powołany specjalny sztab, nad którym nadzór miało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, a Kusza tropiły setki uzbrojonych żołnierzy. Nic dziwnego, że z pojmanych dwóch partyzantów chciano wydusić wszystko, co wiedzieli na temat dowódcy i oddziału. Oczywiście zadania tego podjął się Edward P., wtedy już referent w Wydziale do Walki z Bandytyzmem PUBP w Nisku. Szkoda opisywać, co wyprawiał z przesłuchiwanymi w czasie nocnych najczęściej rozmów. Antoni K. mówił po latach prokuratorowi o kilkakrotnym pobiciu go po głowie kolbą karabinu. Oprawca wbijał mu też szpilki pod paznokcie, natomiast Jana K. bił po całym ciele różnymi przedmiotami. Obaj panowie teraz przypomną mu to przed sądem, bo ubek znów niczego nie pamięta.
Pan ubek wielce zasłużony
P. pewnie znów usłyszy wyrok skazujący i znów sobie z niego nic nie zrobi, bo nie ma takiej siły, która zawlokłaby starca za kraty. Po rozwiązaniu UB, jego funkcjonariusz zamienił tylko Urząd na Służbę i dalej działał w „bezpieczeństwie”. O jego esbeckiej już przeszłości wie niewielu. Większość natomiast kojarzy go z mundurkiem ORMO. W tej służbie był prawdziwym prymusem. W Hucie Stalowa Wola był szefem organizacji wspierającej milicję. Podobno miał nawet jakieś wynalazki służące bezpieczeństwu. Wszędzie go było pełno, niejednemu mieszkańcowi Stalowej Woli życie uprzykrzył. Był zwykłym złośliwym kapusiem, którego jedynym celem było podlizywanie się przełożonym. Towarzyszka partia nagrodziła go za e z wierność wnioskiem o wpis do „Księgi Zasłużonych dla Miasta Stalowa Wola”. Ówcześni radni wniosek poparli i ubek z krwią na rękach znalazł się w gronie wybitnych osób i instytucji. „Księga” nie została zniszczona po zmianie ustroju. Ba, nowi radni z demokratycznych wyborów, zaczęli do niej dopisywać ludzi autentycznie zasłużonych dla miasta. To jest niczym innym, jak uwiarygadnianiem „zasłużonych dla partii”, czy jak Edward P. „dla utrwalania władzy ludowej”. Radni niechętnie grzebią w „Księdze”, bo przez 20 ostatnich lat niektórzy sami się na chwalebne karty powpisywali. I pewnie nikt by na to nie zwrócił uwagi, gdyby nie brzydka teraz sprawa zasłużonego dla miasta ubeka.
– Co tu dużo mówić, ta sprawa jest hańbą dla miasta – mówi radny Lucjusz Nadbereżny, lider opozycyjnego Klubu Radnych PiS. – Trzeba przejrzeć wszystkie wpisy w „Księdze” i podjąć decyzje, które chwały samorządowi nie przyniosą, ale przynajmniej wprowadzą trochę porządku. To się należy wszystkim, którzy zostali wpisani do „Księgi Zasłużonych” po 1989 r.
Pozbawić kogoś tytułu „Zasłużonego dla Miasta” można bardzo łatwo. Wystarczy, że większość radnych zagłosuje za jego wykreśleniem z „Księgi” i tyle. Trzeba tylko chcieć.
Jerzy Mielniczuk



12 Responses to "Oprawcy żyją wśród nas"