Pod Jasną Górą cudu nie było

Jeszcze przed tygodniem lekarze podejrzewali u Grzegorza Walaska (na pierwszym planie) kompresyjne złamanie kręgosłupa. Na szczęście kontuzja nie okazała się tak groźna i krajowy lider PGE Marmy, mimo bólu mógł w niedzielę wystartować w Częstochowie. Fot. Wit Hadło
Jeszcze przed tygodniem lekarze podejrzewali u Grzegorza Walaska (na pierwszym planie) kompresyjne złamanie kręgosłupa. Na szczęście kontuzja nie okazała się tak groźna i krajowy lider PGE Marmy, mimo bólu mógł w niedzielę wystartować w Częstochowie. Fot. Wit Hadło

ENEA EKSTRALIGA. Dziury w składzie i wpadki liderów przyczyną porażki PGE Marmy w Częstochowie.

PGE Marma zgodnie z przypuszczeniami przegrała w niedzielę w Częstochowie z tamtejszym Włókniarzem. Rzeszowianie jedynie w pierwszej fazie meczu byli w stanie nawiązać walkę z „Lwami”. Później z biegu na bieg było coraz gorzej i ostatecznie skończyło się 8. w tym sezonie porażką „Żurawi”.

– Musimy liczyć na swoją dobrą postawę. Żeby się znaleźć w play-off trzeba mieć punkty, a nie cwaniactwo, a i ich nam brakuje. Jedziemy pechowo w tym sezonie, ale jeszcze wszystko może się zdarzyć – przekonywał przed niedzielnym meczem trener PGE Marmy, Dariusz Śledź, który miał do dyspozycji Grzegorza Walaska. Krajowy lider rzeszowian mocno poobijał sobie kręgosłup przed tygodniem i mimo bólu, zacisnął zęby i ostatecznie zdecydował się na występ pod Jasną Górą. Już w swoim pierwszym biegu „Greg” pokazał klasę, przywożąc na plecami lidera GP i IME, Emila Sajfutdinowa.

Lampart znowu leżał, a potem błysnął
Tylko jeden z czterech pierwszych biegów nie zakończył się remisem. Rzeszowianie 3 „oczka” stracili w biegu trzecim, w którym niestety, kapitan PGE Marmy nie przypilnował krawężnika, co skrzętnie wykorzystał Rafał Szombierski, spychając „Okonia” na ostatnie miejsce.

Piąta gonitwa zakończyła się pechowo dla Dawida Lamparta, który podczas wcześniejszego meczu ze Startem leżał na torze dwukrotnie. Tym razem dla rzeszowianina, startującego z 4. pola zabrakło miejsca i padł on ofiarą tzw. efektu domina, zapoczątkowanego przez Nicki Pedersena, a w dalszej kolejności kontynuowanego przez Grigorija Lagutę. Na szczęście wychowanek „Żurawi” wstał o własnych siłach i mógł przystąpić do powtórki. W niej jadąc na rezerwowej maszynie, przez dwa okrążenia na czele stawki był 22-letni rzeszowianin, który ostatecznie dał się „połknąć” Lagucie. Niestety, nie popisał się w tym starcie Pedersen, który… przyjechał ostatni (po biegu „Power” został wykluczony za przekroczenie dwoma kołami wewnętrznej linii toru). Ogólnie to nie był udany występ Duńczyka na jednym z jego ulubionych torów.

To właśnie odchodzenie od krawężnika było największym grzechem podopiecznych Dariusza Śledzia na torze w Częstochowie. Kosztowało ich to stratę punktów na dystansie (Okoniewski, Lampart) i po 5 biegach zamiast remisu 15-15, Włókniarz prowadził 17-13.

„Okoń” ponownie zawiódł
Później było niestety jeszcze gorzej. Spora w tym zasługa pary Rafał Okoniewski – Jurica Pavlic, którzy nie dość, że prezentowali się słabo, to jeszcze nawzajem przeszkadzali sobie na torze. – Nie mogę dojść do ładu, robimy wszystko, żeby to ruszyło, ale nadal jest nie tak. Do następnego biegu wyjeżdżam na swoim silniku i liczę, że będzie lepiej. Mam nadzieję, że problemy sprzętowe są już za mną – mówił po dwóch zerach „Okoń”.

Do swojego następnego biegu kapitan PGE Marmy jednak nie wyjechał, bowiem został zastąpiony przez Pedersena. Dopiero z „Powerem” w parze na miarę oczekiwań pojechał Pavlic i obaj przywieźli pierwsze w tym dniu zwycięstwo dla PGE Marmy.

Jak się później okazało, był to łabędzi śpiew „Żurawi”, bowiem gospodarze coraz częściej byli z przodu stawki, a goście poza drobnymi wyjątkami, z biegu na bieg tracili impet. Mecz zakończył się upadkiem w 15. biegu Grzegorza Walaska. W tym momencie nasuwa się pytanie, po co do tego wyścigu desygnowany był startujący z kontuzją krajowy lider PGE Marmy, skoro i tak wynik spotkania był przesądzony.

Marcin Jeżowski

Leave a Reply

Your email address will not be published.