
PODKARPACIE. Czy w Polsce istnieje „układ zamknięty” wydawców książek szkolnych, dystrybutorów i urzędników? Były szef resortu edukacji, Kazimierz Ujazdowski, uważa, że tak!
Już za kilka dni rozpocznie się nowy rok szkolny. Uczniowie wyruszą do szkół, a rodzice do księgarń, i to nawet nie tyle po książki, co po „pakiety edukacyjne. Dlaczego nie można takich pakietów odziedziczyć po starszym rodzeństwie lub kolegach? A dlatego, że zadbali o to eksperci i urzędnicy, którzy pracowali nad podstawą programową wprowadzoną w 2009 roku.
Przez lata książki szkolne młodsze rodzeństwo przejmowało po starszym, albo odkupywało się od znajomych uczniów, którym nie były już potrzebne. Obecnie rodzice zmuszeni są do kupowania nowych kompletów książek. Ubiegłoroczne nie nadają się do użytku, bo są popisane, pomalowane, pocięte lub oklejone naklejkami – zgodnie zresztą z podstawą programową.
Pakiety muszą być wypełnione
– Przyglądaliśmy się sposobowi wprowadzania nowej podstawy programowej w 2009 r., do czego doszło przy okazji obniżania wieku szkolnego – mówi Tomasz Elbanowski, prezes Stowarzyszenia i Fundacji Rzecznik Praw Rodziców. – Część zespołu, który przygotowywał nową podstawę programową stanowiły osoby delegowane przez wydawców, byli to tzw. eksperci wydawnictw edukacyjnych. I to wówczas po raz pierwszy wprowadzono zapis, że uczniowie muszą wykazać się ,,umiejętnością wypełniania pakietów edukacyjnych” przygotowanych przez wydawnictwa. Skutkuje to wprowadzeniem do szkół zbyt dużej liczby materiałów, które rodzice muszą kupić, dzieci nosić i pracowicie uzupełniać, a na koniec roku nie można przekazać nic młodszemu rodzeństwu, bo każda strona ćwiczeń, ale i podręczników jest wypełniona.
Lobby wydawnicze mocniejsze niż hazardowe
Elbanowski nie kryje, że dyktowanie urzędnikom przepisów przez przedsiębiorców, którzy czerpią korzyści z ich realizacji wszystkich oburzało przy aferze hazardowej. W przypadku podręczników, nikt się tym nie przejął, chociaż jego Fundacja opisała wymianę mailową między minister Hall a wydawcami. W mailach tych minister edukacji obiecała wydawcom wprowadzenie nowej podstawy programowej niezależnie od tego, ile dzieci sześcioletnich trafi do pierwszej klasy. Słowa zresztą dotrzymała. W 2009 roku do szkół trafiło tylko 4 proc. sześciolatków, ale wszystkie stare podręczniki wycofano i nastąpiła całkowita wymiana książek!
Łatwo ukrócić ten biznes, trzeba tylko chcieć
Głośno o “układzie zamkniętym”, który czerpie zyski i wyciąga miliony złotych od rodziców uczniów powiedział kilka dni temu były szef resortu MEN, który stwierdził, że wysokie ceny podręczników to efekt działania układu producentów, dystrybutorów i urzędników MEN.
– To jest cały system polegający na dopuszczaniu do istnienia wielu podręczników, na ciągłych zmianach programowych, które wymuszają konieczność pisania i wydawania nowych książek oraz nieistnieniu żadnych regulacji dotyczących cen – powiedział Ujazdowski. Były minister przyznał także, że jest proste uzdrowienie tego chorego układu. – Uważam, że potrzeba nam decyzji o charakterze rewolucyjnym: dopuszczenia minimum dwóch podręczników. W konkursie wygrywają autorzy 2–3 podręczników, ich druk jest zamawiany przez ministerstwo. Komplet takich podręczników nie kosztowałby rodziców więcej niż 50 zł. Jego dystrybucja odbywałaby się przez szkołę. To w ogóle wysadzi ten układ zamknięty w powietrze.
Małgorzata Rokoszewska



2 Responses to "Podręczniki niczym ukryte podatki"