
Prawie 5,5 tys osób siedzi w więzieniu za spowodowanie śmiertelnego wypadku, gdy byli pod wpływem alkoholu. Jedna chwila sprawiła, że z normalnych ludzi stali się wyrzutkami, których niejednokrotnie udane życie legło w gruzach.
30 lat – co to za wiek – powie wielu z nas. To po przekroczeniu tej granicy człowiek dopiero zaczyna poważnieć myśleć o tym, co chce w życiu robić. Waldkowi trzydziestka „stuknęła” kilka tygodni temu. Nie potrafi jednak jak większość rówieśników, z większym bądź mniejszym optymizmem patrzeć w przyszłość. Żyje z dnia na dzień i choć się stara z całych sił, nie umie zapomnieć. Nie umie zapomnieć tego wieczoru, gdy spowodował wypadek, który pozbawił życia młodą dziewczynę i zdrowia jej chłopaka. Nie może sobie darować, że był wtedy pijany.
– Ciągle tylko myślę, co by było gdyby. Gdybym nie wypił, gdybym nie jechał… – mówi mężczyzna, który niedawno wyszedł z więzienia po odbyciu kary za spowodowanie śmiertelnego wypadku.
Takich jak on w naszym kraju jest ponad 5,5 tys. W zamknięciu pokutują za swoją lekkomyślność, głupotę i brawurę. Będąc pod wpływem alkoholu, zabili człowieka, czasem nawet kilka osób. W takich wypadkach wszyscy opłakujemy ofiary – sprawców potępiamy. Jedna chwila sprawiła, że z normalnych ludzi stali się wyrzutkami, których niejednokrotnie udane życie legło w gruzach.
Zatrzymał się na drzewie
Nasz bohater pochodzi z jednej z podkarpackich wiosek. Za kratkami spędził 5 lat. O wydarzeniach z pewnej sobotniej nocy do dziś nie chce opowiadać. Dla niego przez długi okres czasu to był splot niekorzystnych wydarzeń. Przecież wiadomo, że w sobotni wieczór młody człowiek lubi się zabawić. On nie był inny, ale nigdy nie przesadzał. Z kumplami umówił się na krótkie spotkanie. Miało się ono odbyć w sąsiedniej wiosce, w domu jednego z nich. Październikowy wieczór zapowiadał się paskudnie – padało, było zimno. Nie uśmiechała mu się piesza wędrówka. Wziął samochód, w kilka minut był u znajomych. Posiedzieli kilka godzin przy piwie. On wypił dwa. No bez przesady – co to jest – tak wtedy myślał. Gdy przyszło wracać, bez wahania wsiadł za kierownicę. Przecież nie był pijany. Wziął też kolegę i jego dziewczynę. Za kwadrans miał być w domu. Nie dojechał. Jezdnia była mokra, leżały na niej liście. Prowadzone przez niego auto wpadło w poślizg, w końcu zatrzymało się na drzewie. On wyszedł z wypadku praktycznie bez szwanku, jego pasażerowie zostali zmasakrowani. Dziewczyna została zmiażdżona, jej chłopak w stanie krytycznym trafił do szpitala. Kierowca miał w wydychanym powietrzu 0,5 promila alkoholu.
To przecież nie moja wina
Od tego momentu żył jakby w sennym koszmarze. – Nie docierało do mnie, że przeze mnie zginęli ludzie. Dla mnie to był nieszczęśliwy wypadek, do którego i tak by doszło, nawet jak bym nie wypił. Kombinowałem, że miałem po prostu pecha, bo to nie była moja wina. Przecież było ślisko, tylko ten nieszczęsny alkomat pokazał wynik pozytywny. To mnie zgubiło. Tak wtedy myślałem – przyznaje mężczyzna.
Dla 22-letniego chłopaka wyrok skazujący był szokiem, a sama myśl o więzieniu paraliżowała go. A musiał w nim spędzić kilka lat. – Doszło do tego, że to nie siebie, ale moich pasażerów obwiniałem o to, co mnie spotkało. Przecież ja zaoferowałem im pomoc. Gdyby ze mną nie jechali, co najwyżej straciłbym prawo jazdy, a tak zmarnowałem sobie życie.
Rodzice musieli przepraszać
Z tamtych dni najgorsze było dla niego stanąć oko w oko z rodzinami ofiar. Popatrzeć w oczy rodzicom, z których jedni stracili ukochaną córkę, a drudzy do końca życia będą musieli zajmować się niepełnosprawnym obecnie umysłowo i fizycznie synem. – W sali sądowej nie odważyłem się spojrzeć im w oczy. Wydukałem co prawda przeprosiny, ale tylko dlatego, że tak kazał mi prokurator. Wtedy nie czułem żalu, nie było mi przykro, byłem zły na los za to, co mnie spotkało – wspomina Waldek.
Chłopak wie, że w tamtym czasie dramat przeżywały nie tylko rodziny ofiar wypadku, ale także i jego własna. – To moi rodzice poszli przepraszać za to co ja zrobiłem. To oni i moje rodzeństwo musiało żyć wśród ludzi ze świadomością mojej winy. Nie dało się od tego uciec, tym bardziej że tam, skąd pochodzę, wszyscy się znają. Sam bym tak nie potrafił – dodaje.
Byle tylko wyjść na wolność
Waldek, choć bał się więzienia i tego, co może go tam spotkać, postanowił, że zrobi wszystko, by jak najszybciej je opuścić. – Trzymałem się na uboczu, nie wchodziłem w kontakty z grypsującymi, chętnie brałem udział w zajęciach resocjalizacyjnych. Zgłaszałem się też do pracy w kuchni czy innych zajęć – opowiada o swoich przeżyciach. Słowem robił wszystko, by swoją postawą pokazać, że zasługuje na skrócenie wyroku. – Podejmowanie się różnych zajęć pomagało mi też zapomnieć o upływającym czasie, który w chwilach bezczynności dłużył się niesamowicie – dodaje.
Praca pomagała mu też w inny sposób. Choć na moment mógł „wyłączyć” myślenie o tym, co go spotkało, zagłuszyć wyrzuty sumienia, które z czasem stawały się coraz silniejsze. – W końcu zaczęło do mnie docierać, że to przeze mnie nie żyje ta dziewczyna, a chłopak pozostanie kaleką do końca swoich dni. Zdałem sobie sprawę, że swoim postępowaniem doprowadziłem do tej tragedii – uważa nasz bohater.
Dwa piwa zniszczyły mi życie
Dziś próbuje poukładać swoje życie na nowo. Na razie nie wychodzi mu to specjalnie. Kiedyś miał dziewczynę, ale po tym jak trafił do więzienia, zostawiła go. Po wyjściu na wolność mieszka u brata w Rzeszowie, gdzie ima się różnych dorywczych zajęć. – To dobre na krótką metę, ale tak dłużej się nie da. Do rodzinnej wsi wracać nie mam odwagi. Tam przecież wciąż żyją ludzie, którzy stracili przeze mnie córkę, tam mógłbym spotkać chłopaka, który został kaleką. Nic nie usunie z pamięci tego, co kiedyś się stało – nie ma wątpliwości.
Waldek planuje wyjazd za granicę, w Polsce nie widzi dla siebie perspektyw. – A co ja tu mam do roboty, gdzie znajdę dobrą pracę z wyrokiem na karku? – pyta. – W ten feralny wieczór zmarnowałem sobie życie. Czy całkowicie? Tego nie wiem, ma nadzieję, że nie. Nic mnie jednak nie uwolni od tego ciężaru, który na mnie spoczywa, że to ja jestem sprawcą nieszczęścia tylu ludzi. Więzienie nic tu nie zmieniło. Ono nie wróci życia tej dziewczynie, nie sprawi, że ten chłopka będzie zdrowy, a moi rodzice odzyskają na powrót syna. Nic już nie może być takie jak dawniej. Kto by pomyślał i to wszystko przez to, że nie mogłem się powstrzymać od wypicia dwóch puszek piwa – kończy swoją opowieść mężczyzna.
Piotr Pezdan



2 Responses to "Pijany kierowca zabija innych i siebie"