
ŻUŻEL. Janusz Ślączka o „akcji ratunkowej” Grigorija Laguty, nauce języka węgierskiego, zaproszeniu do Częstochowy i ewentualnej pracy w roli trenera rzeszowskiej drużyny.
Były zawodnik Stali Rzeszów, obecnie prezes i trener Orła Łódź, w minioną niedzielę stawał na głowie, by pomóc ekipie Dospelu Włókniarza Częstochowa, a konkretnie Grigorijowi Lagucie. – O godz. 9 dostałem telefon od Jarka Dymka z pytaniem, czy mogę pomóc „Griszy”, który utknął gdzieś na Węgrzech. Bez zastanowienie się zgodziłem – mówi Janusz Ślączka.
– Dlaczego akurat menedżer Włókniarza zwrócił się do pana o pomoc?
– Bo chyba jako jedyny w żużlowym światku posługuję się językiem węgierskim, więc nie było większego problemu z dogadaniem się.
– Jak zatem przebiegała „akcja ratunkowa” Grigorija Laguty?
– Po telefonie od Jarka Dymka, skontaktowałem się z „Griszą” i próbowaliśmy ustalić gdzie jest. Jak się okazało, zepsuł mu się samochód na autostradzie, około 50 km od Budapesztu. Pomysłów było kilka. Pierwszym było załatwienie busa, tak aby przewieźć Grigorija razem z całym sprzętem do Tarnowa. Niestety, w okolicy nie było odpowiedniego samochodu do wynajęcia, a czas gonił. Pomysł transportu sprzętu zatem odpadł. Pozostało „tylko” dowiezienie na mecz samego „Griszę”.
– Jeśli nie zastępczy bus, to?
– Następną opcją był samolot z Budapesztu do Krakowa lub Katowic. Niestety, również nie znaleźliśmy takiego lotu, więc pozostawała opcja samochodowa. Skontaktowałem się z moimi znajomymi na Węgrzech. Zamówiliśmy taksówkę w Budapeszcie, która pojechała po „Griszę”, a następnie zawiozła go do Miszkolca. Tam przechwycili go moi znajomi, którzy dostarczyli go do Presova. Ja z kolei po godz. 11 wyjechałem z Rzeszowa w kierunku Presova na Słowacji i mniej więcej o godz. 14 z minutami popędziliśmy razem do Tarnowa. Zabrakło niewiele, bowiem na stadionie byliśmy o godz. 16.15 (mecz rozpoczął się o godz. 16 – przyp. red.). „Grisza” wprawdzie spóźnił się na swój pierwszy bieg, ale później już jeździł, tak więc operację można uznać za udaną.
– Skąd u pana znajomość języka węgierskiego?
– Jakoś nigdy specjalnie nie uczyłem się tego języka. Byłem trenerem drużyny z Miszkolca, więc chcąc nie chcąc musiałem poznać ten język. Opanowałem go na tyle dobrze, że nie mam problemów z porozumiewaniem się. Nieco gorzej jest z pisaniem, ale jakiegoś krótkiego i prostego SMS-a po węgiersku potrafię napisać.
– Może zatem pan chyba liczyć na tytuł honorowego obywatela Częstochowy, a w przypadku wywalczenia przez Włókniarza brązowego krążka, stanąć w kolejce po medal…
– Ja tylko zrobiłem to, co każdy inny zrobiłby na moim miejscu. W takiej sytuacji niezależnie komu trzeba byłoby pomów, czy zawodnikowi z Tarnowa, czy Częstochowy, postąpiłbym tak samo. Dostałem już zaproszenie ma rewanżowy mecz do Częstochowy, tak więc przy okazji odwiedzę Jasną Górę i podziękuję za to, że wszystko się szczęśliwie skończyło.
– Co Grigorij Laguta mówił po meczu?
– Wracał ze mną do Rzeszowa i mówił, że musimy pójść do cerkwi, aby podziękować, że wszystko się dobrze skończyło. Zaznaczył także, że przed niedzielnym rewanżem, bogatszy o tę przygodę, do Częstochowy przyjedzie już w czwartek (śmiech).
– Wierzy pan, że częstochowskie „Lwy” będą w stanie odrobić stratę (41-49) z pierwszego meczu w Tarnowie i wywalczyć brązowy medal?
– Wydaje mi się, że tak. Częstochowianie są mocni na własnym torze. Na dobrą sprawę wystarczy wygrać dwa razy po 5-1 i rywalizacja zaczyna się od nowa. Jeśli ominie ich pech w postaci defektów i taśm, to powinni sięgnąć po brązowe medale.
– A co tam słychać na „łódzkim podwórku”?
– Utrzymaliśmy się w I lidze, co z pewnością jest sukcesem Orła. Łódź to trudny teren dla speedwaya, ale dzięki pomocy sponsorów i władz miasta jakoś sobie radzimy. Skład zamknęliśmy bardzo późno, dlatego też należy się cieszyć z wyniku, jaki uzyskaliśmy w tym sezonie.
– W przyszłym roku w I lidze naprzeciw siebie staną drużyny z Rzeszowa i Łodzi. Zostaje pan w Łodzi na kolejny sezon, czy może wróci pan na „stare śmieci” do Rzeszowa?
– Na razie za wcześnie o tym mówić. Co do pracy w Rzeszowie, to żadnej rozmowy w tym temacie nie było.
– A gdyby tak odezwał się telefon z rzeszowskiego klubu i zaproponowano panu rolę trenera rzeszowskiej drużyny?
– Na pewno rozważyłbym tę propozycję. Fajnie byłoby pracować na miejscu w Rzeszowie, bliżej rodziny. Jednak nie ma co gdybać. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość…
Rozmawiał Marcin Jeżowski



One Response to "Jak to Ślączka pomagał „Lwom”"