Szykuje się kolejna wielka polska porażka. Tym razem w wyścigu do Oscara. Właśnie ogłoszono, że polskim kandydatem do hollywoodzkiej nagrody w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny jest „Wałęsa. Człowiek z nadziei” Andrzeja Wajdy. O wyborze tego tytułu ponoć zadecydowały jego walory w promocji polskiej pokojowej rewolucji.
Międzynarodowa premiera „Wałęsy” odbyła się na początku września na festiwalu filmowym w Wenecji. Film ma poważnego amerykańskiego dystrybutora, a 8 października „Wałęsa. Człowiek z nadziei” zostanie pokazany w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie.
Jeśli się prześledzi, jakie produkcje wygrywają w kategorii najlepszy nieanglojęzyczny film, to kandydatura „Wałęsy” stawia pod znakiem zapytania kompetencje polskich gremiów. W ostatnich latach były nagradzane tak wybitne i dyskutowane obrazy, jak „Miłość” Michaela Hanekego, „Rozstanie” Asghara Farhadiego, „W lepszym świecie” Susanne Bier, „Życie na podsłuchu” Floriana von Donnersmarcka… Ale przerwijmy tę wyliczankę z litości dla mocno przeciętnego polskiego filmu, przeciętnego pod względem artystycznym i z wieloma historycznymi nieścisłościami.
O Andrzeju Wajdzie pisze się, że choć jest jednym z ostatnich żyjących wielkich europejskich reżyserów, to nie doczekał się Oscara (był aż cztery razy nominowany, a zdobył tylko kurtuazyjnego za całokształt twórczości). To prawda, ale w tej dziedzinie trudno o sprawiedliwość dziejową czy też jakąkolwiek inną. Po prostu Amerykańska Akademia Filmowa nagradza tych, których pasuje jej w danej chwili nagrodzić, często pomijając tych największych, jak Hitchcocka czy Bergmana.
Problem z Wajdą polega przede wszystkim na tym, że kręci coraz mniej udane filmy. Na starość nasz mistrz postanowił zamienić się w wielkiego nauczyciela narodu i w efekcie ten wielki narodowy nudziarz zabił w sobie artystę. Bo jeśli najlepsze historyczne filmy Wajdy – „Kanał” i „Popiół i diament” – na planie faktograficznym były przekłamane, to przynajmniej na planie filmowym były uwodzicielskie, wybitne. Dziś Wajda kręci filmowe kolubryny, z których strzela w wyimaginowane szańce polskości, rzecz jasna na wiwat politycznej poprawności. Przydałby się nowy Kmicic, który wysadziłby z hukiem te kolubryny. By wreszcie wyzwolić polskie kino i polskie myślenie spod ciężaru naszego klasyka.
Piotr Samolewicz



One Response to "„Wałęsa” Wajdy nie zasługuje na Oscara"