
II LIGA. Garstka kibiców oglądała mecz, w którym nie było strzału w bramkę.
Wielkie rozczarowanie – tak można podsumować występ drużyn z czuba tabeli. Piłkarze Stali i Wisły przez 90 minut nie wyprodukowali akcji zakończonej celnym uderzeniem. Trenerzy podkreślali ogromne poświęcenie swoich podopiecznych, ale w futbolu bieganie i walka to nie wszystko.
Dziennikarze i kibice mają prawo kręcić nosem, ale też trudno nie zgodzić się z Krzysztofem Łętochą, gdy przypomina, iż dwa miesiące temu jego zespołu nikt nie traktował poważnie, a dziś podnosi się larum z powodu kolejnego remisu. – Mijam ludzi w klubie i widzę, że miny mają tak kwaśne, jakby zjedli cytrynę. A przecież zdobyliśmy właśnie 14 punkt, cały czas znajdujemy się w czołówce. Jedno, dwa zwycięstwa mogą nas wywindować na szczyt – przekonuje.
Nowak próbował, ale nie trafił
Zgodnie z przypuszczeniami, obrońcy Stali mieli mnóstwo pracy z Konradem Nowakiem. Najlepszy strzelec II ligi wschodniej nie poprawił swojego dorobku (7 goli), ale gdy tylko dochodził do piłki, w rzeszowskiej ekipie bito na alarm. Na szczęście tych naprawdę klarownych okazji Nowak miał niewiele. Na początku meczu prawie idealnie przymierzył z 20 metrów z wolnego, a chwilę później uderzył głową i piłka przeleciała pół metra od bramki.
Przed przerwą stalowcy przeprowadzili zaledwie jedną godną odnotowania akcję. Aleksejs Kolesnikovs “poklepał” z Damianem Jędryasem, ale zabrakło wykończenia ze strony Ernesta Szeli.
Co z tą frekwencją?
Tuż po zmianie stron Łukasz Szczoczarz podał do Piotra Prędoty, który natychmiast uderzył. Do bramki było daleko, ale Nazar Penkovets pośliznął się i futbolówka nieznacznie minęła słupek. Na kolejną szansę Stali czekaliśmy… 38 minut, gdy po dośrodkowaniu z rogu Szczoczarz strzelał głową. Krótko potem miejscowi wrócili z dalekiej podróży. Po stracie Kolesnikovsa puławianie wyszli z kontrą, ale powstrzymał ich Dominik Bednarczyk.
Męczarnie Stali i Wisły obserwowała garstka kibiców. – U nas miodu nie ma, ale i tak wygląda to dużo lepiej – dziwili się dziennikarze z Lubelszczyzny. – Przecież nie będę chadzał po domach i zapraszał ludzi na stadion – zirytował się pytaniem o frekwencję trener Łętocha.
Tomasz Szeliga


