
Rozmowa z rzeszowianinem ADAMEM ASANOVEM, wokalistą zespołu Piersi.
– Adam, jesteś kibicem?
– Oczywiście! Gdy gra reprezentacja Polski, bez względu na to, czy są to siatkarze czy piłkarze, włączam telewizor i trzymam kciuki. Kibicuję sprawie beznadziejnej, bo nasi z reguły przegrywają. A ja zawsze wierzę, że jakoś to będzie…
– Pozostali członkowie zespołu Piersi interesują się sportem?
– Za mało powiedziane. Przecież Seba, techniczny, amatorsko jeździ na żużlu, a “Dziadek”, nasz basista, gra w siatkówkę. Tylko jak się nazywa ten jego zespół… Zabije mnie, jak sobie nie przypomnę (kilka minut później zjawia się Zbigniew “Dziadek” Moździerski i z wyrzutem w głosie wyjaśnia, że chodzi o Duet Opole). Generalnie jednak najlepsi jesteśmy w sportach piwnych.
– Mało kto wie, że zapowiadałeś się na dobrego koszykarza.
– Uwielbiałem grać w koszykówkę! Wracałem ze szkoły, rzucałem w kąt chlebaczek, gdzie i tak był tylko jeden zeszyt i biegłem na podwórko, by rzucać z chłopakami. To były czasy! Grałem w reprezentacji szkoły, potem trafiłem do Resovii i otrzymałem nawet powołanie do kadry Polski kadetów. Pamiętam, jak bardzo byłem przejęty. Opieka nad zdolną młodzieżą wtedy jednak mocno kulała i moja kariera skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Potem zahaczyłem jeszcze o Ligę Amatorskiego Basketu, gdzie grałem z Maćkiem Nalepą, który wyrósł na całkiem zdolnego bramkarza. Pamiętam jeszcze mój podziw dla Andrzeja Zająca. On był rozgrywającym wielkiej Resovii z lat 70., ja też występowałem na tej pozycji.
– Twój młodszy brat Łukasz również grał w koszykówkę. Później został sędzią i trenerem. Pewnie złapał bakcyla dzięki Tobie.
– Pewnie tak. Ale on o sporcie wie dużo więcej ode mnie. Łukasz zna nazwiska złotych medalistów olimpiady w pływaniu sprzed dwóch dekad. To chodząca encyklopedia sportu.
– Twoja mama jest lekarzem i przez wiele lat opiekowała się podczas meczów żużlowcami Stali Rzeszów.
– To kolejne miłe wspomnienie z dzieciństwa. Uczepiony maminego rąbka od spódnicy wąchałem paliwo żużlowe. Mało tego – jeździłem na wyjazdy i strasznie kibicowałem żużlowcom. Ależ to była ekipa: Jan Krzystyniak, Janusz Stachyra, Janusz Ślączka, Bogdan Ciupak, Piotr Gancarz.
– Wróciłeś do hali Podpromie, by zaśpiewać z zespołem Piersi na otwarcie sezonu siatkarskiego. Sześć lat temu biegałeś tu z mikrofonem, ale w innej roli. Pamiętasz?
– Jak mógłbym zapomnieć. Od dawna śpiewam, ale próbuję też sił jako konferansjer. I otrzymałem zlecenie, żebym zabawiał publiczność podczas meczów siatkarzy Resovii. Paradowałem więc w biało-czerwonych szatach i co tu kryć, byłem takim błaznem halowym (śmiech). Ale miałem sukcesy, bo ponoć jako pierwszy w historii doprowadziłem do tego, że na trybunach pojawiła się meksykańska fala. Tak przynajmniej utrzymywał mój pracodawca.
Rozmawiał Tomasz Szeliga



11 Responses to "Kiedyś grałem w kosza i wąchałem paliwo żużlowe"