
Po pierwszej skończonej kadencji w prezydenckim gabinecie, Andrzej Szlęzak postawił radnym wielki tort z herbem miasta. Po drugiej powiedział tylko: Żegnam!
Za rok skończy się trzecie prezydenckie czterolecie „Giulianiego z Ozetu”. Czy radni już powinni się bać? – Bez przesady – mówi jeden z najbardziej kontrowersyjnych samorządowców nie tylko w regionie.
Jak nie zostanie posłem, to zostanie w magistracie
Kto zna Szlęzaka, ten wie, że nie jest on „przyspawany do stołka”. Wcale nie kryje, że gdyby na politycznej mapie kraju pojawiło się jakieś odpowiadające mu ugrupowanie, poszedłby z nim do Sejmu. Nie wiadomo, co wyjdzie z ruchu Gowina, bo obaj panowie się spotykają. Gdyby były minister sprawiedliwości zdołał zebrać odpowiednią ilość ludzi, to na pewno zaproponuje start Szlęzakowi, a wtedy spadłby kamień z serca wielu lokalnym politykom z prezydenckimi ambicjami. Na razie muszą ambicje schować do kieszeni, bo Szlęzak choć kontrowersyjny, to z każdym rokiem w najważniejszym gabinecie miasta zyskuje na popularności.
Jest historykiem z wykształcenia, ale po studiach zamiast pójść do oświaty, zajął się gospodarką. To były pierwsze lata wolnego rynku i dostał dobrą szkołę. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że teraz to procentuje. – Mam dalekosiężne plany i gwarantuję silne przywództwo – powiedział przed drugą turą ostatnich wyborów prezydenckich. Stalowowolanie mu uwierzyli, bo dość łatwo i wyraźnie pokonał rywala.
„Stalowa Wola większa, silniejsza, ładniejsza”
To jego hasło wyborcze sprzed 3 lat można teraz łatwo rozebrać na części. Zacznijmy od tej ostatniej. Szlęzak nie jest politycznym gołowąsem i na kampanię wyborczą przygotował plany, które już miały szanse realizacji. Tak było chociażby z „Parkiem24”, którym zachwyca się teraz każdy mieszkaniec miasta. Jego plany pokazał na ostatniej przed wyborami konferencji prasowej, niejako sugerując, że gdy nie zostanie wybrany, parku edukacyjnego za kinem „Ballada” nie będzie. Konkurentom szczęki opadły, ale cóż zrobić, startowali wszak z gorszej pozycji. Przy tym parku, a dokładnie we wspomnianym kinie „Ballada”, miało jednak powstać Multicentrum, a o tym chyba wszyscy zapomnieli, z pomysłodawcą na czele. My tylko przypominamy. Nowe oblicze miał zyskać najbardziej znany w mieście hotel „Hutnik” i plac przed nim. Powiedzmy, że coś się koło tego robi, ale na pewno przed końcem kadencji zmian większych nie będzie widać, choć trzeba przyznać, że wnętrze najstarszego hotelu w mieście zyskało całkiem nowe i interesujące oblicze.
W wyborczej ulotce Andrzeja Szlęzaka znaleźliśmy swego rodzaju perełkę. Prezydent obiecywał… turystyczne rejsy Sanem. Chyba włożył to do swego programu, żeby zyskać przychylność tej części miasta, która z nostalgią wspomina funkcjonujące przed laty wodne połączenie z Sandomierzem. My to między bajki wkładamy, a sam autor pomysłu z przekąsem mówi, że przy obecnym poziomie wody w Sanie to nawet papierowe łódki niedługo przestaną pływać.
Stalowa wola podatkowa
Pod hasłem “Stalowa Wola silniejsza” rozumiemy siłę gospodarczą. Tu trzeba przyznać, że Szlęzak nie zasypia gruszek w popiele. To, że kilka dużych firm w ostatnich latach zainwestowało w Stalowej Woli, nie jest przypadkiem. Mimo niechęci całkiem dużej części miejskiego samorządu, udaje mu się stabilizować podatki. To nie jest łatwe, bo niewysokie podatki to mniejsze dotacje, ale bilans jest pozytywny. Stalowowolska podstrefa Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej rozwija się najszybciej. Miasto, mimo ograniczonego terytorium, udostępnia nowe działki pod inwestycje. Huty Stalowa Wola, która kiedyś była “państwem w państwie”, prawie już nie widać zza nowych hal innych fabryk. A w fabrykach tych są miejsca pracy. Ekonomistów i biznesmenów Szlęzak na pewno ma za sobą. A że ludzie w nowych fabrykach zarabiają bardziej niż mizernie, już nie prezydenta wina. Grunt, że zarabiają i nie stoją w kolejce po zasiłki. – Stalowa Wola musi się stać “stalową wolą podatkową” i zapomnieć o “stalowej woli zasiłkowej” – mówił przed ostatnimi wyborami, gwarantując usztywnienie polityki podatkowej. Na razie trzyma się tej obietnicy, choć na zasiłki miasto ciągle sporo wydaje.
Historyk pochodzący z historycznej już dzielnicy Ozet byłby na rękach noszony, gdyby na terenach obecnego składowiska odpadów elektrownianych powstał park technologiczno-przemysłowy. Prezydent miasta był co prawda tylko jednym z ojców założycieli tego gigantycznego przedsięwzięcia, ale na razie zostały z niego jedynie hurraoptymistyczne zapowiedzi i pamiątkowe zdjęcia z prezesem Tauronu i posłem Burym. Sporo nadziei rozbudził sam Andrzej Szlęzak obietnicami ściągnięcia do albo chociażby pod Stalową Wolę rosyjskiego biznesu. Ten najpierw miałby zainwestować w port przeładunkowy przy szerokim torze LHS. Jak dotąd prezydent nie nosi się z zamiarem kupna biletu do Moskwy, co miałoby ten interes zapoczątkować.
Przejdzie San, pójdziem na Zaleszany
Budowa trzeciego mostu na Sanie była najważniejszą obietnicą Andrzeja Szlęzaka z ostatnich wyborów. Obietnica wyjątkowo odważna, bo obciążona licznymi niebezpieczeństwami. Miasto, choć ma imponująca powierzchnię, to jednak się dusi, bo prawie 60 proc. tej powierzchni zajmują lasy i nie ma mowy o ich wycinaniu, jak to było w 1938 r., gdy Stalowa Wola powstawała. Chcąc, nie chcąc, Stalowa Wola musi przejść do sąsiadów. Wspomniany trzeci most byłby początkiem aneksji, przynajmniej części leżącej na prawym brzegu Sanu gminy Pysznica. Kandydat Szlęzak mówił o perspektywie 5 – 6 lat, kiedy to w granicach miasta znajdą się wsie: Chłopska Wola, Brandwica i Jastkowice, a nawet gminna Pysznica. Dekada powinna wystarczyć do zajęcia kawałka gminy Zaleszany, tak by lotnisko Aeroklubu Stalowowolskiego w Turbi znalazło się w granicach poszerzonego miasta.
Minęły trzy z pięciu – sześciu lat, a sąsiedzi śpią dalej spokojnym wiejskim snem. O moście na razie tylko się mówi. Przy okazji o jego kosztach, a może to być nawet 100 mln zł. Most będzie tylko jednym z elementów całkiem nowego układu komunikacyjnego, w który wejdzie też wiadukt nad obwodnicą oraz kolejny wiadukt, albo tunel pod magistralą kolejową. O kosztach lepiej nie wspominać. Jeżeli ten układ komunikacyjny nie znajdzie się w planach co najmniej wojewódzkich, lepiej o nim od razu zapomnieć. Co prawda miasto nieraz już porywało się na wielomilionowe inwestycje, ale ta zarżnęłaby budżet. Prezydent, drwiąc ze swej łysiny, zwykł mówić, że ma pomysły. Powtórzył to przed wyborami: – Jeżeli nie będzie pieniędzy na most z Urzędu Marszałkowskiego, to potrzebna kwota i tak się znajdzie. Mam na to pomysł. Pomysł trzyma w tajemnicy.
Jak się nie tupnie, to…
Szlęzak jest zadziwiającym politykiem, bo wojuje z każdym, kto mu na drodze staje. – Jak się nie tupnie, to się nie dostanie – mówił tuż przed wyborami. – Może ktoś jest nauczony biadolić, skamlać, prosić. Ja nie.
Dzięki jego charakterowi Stalowa Wola jest stale w informacyjnych newsach i na dobrą sprawę nie potrzebuje wydawać złotówek na promocję. W magistracie chyba nawet nie ma jednego urzędnika odpowiedzialnego za promocję. Kwestią innego rodzaju jest, czy to promocja właściwa. Pod tym względem samorządowa opozycja nie zostawia na Szlęzaku suchej nitki, ale on nie jest jej dłużny. Każda sesja, na której prezydent się pojawia, jest wydarzeniem, a popularność kłótni prezydencko-rajcowskich bije rekordy oglądalności w lokalnych telewizjach. Zwykle z tych waśni wychodzi obronną ręką. Nie tylko waśni z rajcami, bo m.in. wygrał spór o działkę z Kościołem, teraz wygrał sprawę sądową z TVP, która zwyczajnie go oszkalowała. Szlęzak czeka teraz na przeprosiny w pierwszym programie. Za Szlęzaka z kolei przepraszał mieszkańców miasta Jarosław Kaczyński. Nic mu to nie dało, bo jego faworyt w ostatnich wyborach przegrał, choć nie tylko partia za nim stała.
Stateczna opozycja zadaje sobie pytanie, ile na tupaniu prezydenta miasto zyskało, a ile straciło. Obwodnicy jak na razie nie wytupał i TIR-y mknące przez środek Stalowej Woli to prezydenckie tupanie skutecznie zagłuszają.
Prezydent Andrzej Szlęzak na wiosnę podsumuje swoją pracę:
– Na podsumowywanie trzeciej mojej kadencji jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Zrobię to na wiosnę, choć prawdę powiedziawszy, co najważniejszego miało się wydarzyć, to już się wydarzyło. Potknięcia? Powiem otwarcie, że nie tak miało być z Biblioteką Międzyuczelnianą, jak wyszło. Miał ją prowadzić KUL, pieniądze na utrzymanie będzie teraz musiało wykładać miasto. Rejsy turystyczne po Sanie to zamiar na więcej niż jedną kadencję. Podobnie z centrum turystyki weekendowej, bo zrobiliśmy dopiero jeden mały krok. Nowy układ komunikacyjny z mostem na Sanie będzie realizowany. Trasa ta jest zapisana w priorytetach Urzędu Marszałkowskiego, a my będziemy dostosowywać nasze plany do możliwości władzy wojewódzkiej. Rozmowy o poszerzeniu granic miasta trwają, ale nie mam pozwolenia na ujawnianie ich treści.
Sukcesem ponad założony plan było sprowadzenie do Stalowej Woli budowanej właśnie fabryki mebli IKEA. Zakładałem rozwój małych rodzimych firm, a tu się trafił duży stabilny inwestor.
Jerzy Mielniczuk




4 Responses to "Łysy, ale ma pomysły"