
/ Agencja Wyborcza.pl
To, że Białoruś propagandą Łukaszenki stoi, wszyscy wiedzą. O ile jednak ktoś miałby jeszcze jakąś cichą nadzieję, że owa propaganda ma jakieś granice – już nie mówimy o granicach przyzwoitości, ale na przykład o granicach absurdu – ten po minionych świętach wielkanocnych grekokatolików i prawosławnych, musiałby ową cichą nadzieję stracić. Dlaczego? Ano dlatego, że białoruski dyktator, Alaksandr Łukaszenka, wygłaszając – jak co roku zresztą – swe orędzie wielkanocne do Białorusinów, przekroczył już wszelkie granice kłamstwa i manipulacji. Dyktator w tym roku na Wielkanoc pojechał do wsi Kopyś pod Orszą na wschodzie kraju, by stamtąd wygłosić swe „kazanie” do białoruskiego narodu. Może i dlatego wybrał wschodnią rubież Białorusi, żeby nie musieć potem kogoś zamykać w więzieniu, gdy nie dość entuzjastycznie przyjąłby ktoś taki jego przemówienie, a to – przynajmniej teoretycznie – na zachodzie Białorusi mogłoby mieć miejsce. Tam bowiem ludzie, co prawda, tak samo zastraszeni i zmanipulowani, jak i na innych terenach tego państwa, ale chyba jednak nie widzą tego, o czym ochoczo mówił w Kopysiu białoruski dyktator. A o czym mówił? Ano przede wszystkim o tym, jak to zły Zachód nałożył na Białoruś sankcje w związku z pomocą tejże dla Rosji w wojnie z Ukrainą. To było raczej do przewidzenia, ale to, o czym Łukaszenka mówił dalej, przypominało kiepski kabaret. Otóż wspomniał, że Białoruś nic sobie z tych sankcji robić nie musi i nie robi, za to Zachód „błaga o pomoc”. Białoruski przywódca stwierdził, że w Polsce i krajach bałtyckich panuje głód. – Zobaczcie, co dzieje się z sąsiednimi Litwą, Łotwą, Polakami, o Ukrainie już nie wspominam – brzmiał białoruski dyktator.
– Oni byli tacy zamożni, żyli w takim szczęśliwym świecie. U nas niczego nie było, u nich wszystko – kontynuował. – I gdzie są teraz? Stoją przy granicy i proszą, byśmy ich wpuścili na Białoruś – przekonywał. – Żeby mogli przynajmniej kupić kaszę gryczaną. Mniejsza o grykę. Soli nie mają. Proszą nas o sól. I my, jako szczodrzy ludzie, otwieramy tę granicę – przekonywał Łukaszenka. Dodajmy, że parę dni wcześniej białoruskie władze wydały rozporządzenie ograniczające wywóz z kraju mąki, kaszy i soli do jednego kilograma na głowę. Na pewno jednak nie stało się tak z powodu jakiegoś „żebractwa” o te dobra u Białorusinów obywateli Polski, Łotwy czy Litwy. Jakoś jednak Łukaszenka musiał starać się przekonać swych rodaków, że pomoc Białorusi dla Rosji jest dobra i korzystna dla obywateli, a Polska, Litwa i Łotwa cierpią teraz głód i to jest cena, jaką płacą za wsparcie dla broniącej się Ukrainy. Kto by w to uwierzył? Otóż niejeden Białorusin! Bo na Białorusi nie ma już praktycznie wolnych mediów, a opozycja jest tępiona przez władzę bezpardonowo i brutalnie. Dziwne, że Białorusini wierzą w takie brednie? A u nas, jak jest? U nas są wolne media – choć rządzący bardzo chcieliby to zmienić, co próbowali – na szczęście bezskutecznie zrobić i opozycja może w nich mówić o tym, co władza wyprawia. Czyli Polacy powinni być całkowicie świadomi, co ta władza robi. Tymczasem spora ich część wierzy w propagandę naszej władzy. I choć nie musimy zazdrościć Białorusinom soli i kaszy gryczanej – na szczęście poniekąd, to niektórzy z nas mentalnie niewiele się od nich różnią – niestety. Pozostaje mieć nadzieję, że ci Polacy, o których mowa, przejrzą na oczy …
Redaktor Monika Kamińska


