Celebryci, detektywi, marihuana i oszustwa na miliony

W trakcie konferencji detektyw połączył się z Iloną Lewicką, która twierdzi, że została oszukana przez przebywającego w rzeszowskim areszcie śledczym Łukasza K. Fot. Archiwum

Detektyw Łukasz K., który przebywał w rzeszowskim areszcie, miał wyciągnąć z tanzańskiego więzienia Daniela J., który prawdopodobnie sprzedawał marihuanę Wojciechowi Ż., który z kolei miał częstować nią celebrytów bawiących
w jego kurorcie na Zanzibarze, a dzięki tym znajomościom naciągać na grube miliony polskich biznesmenów. Cała sprawa skomplikowana jest tak, jak poprzednie zdanie. Na szczęście w tym wszystkim pojawia się jeszcze Krzysztof Rutkowski.

Występują:

Łukasz K. – pochodzący z Podkarpacia detektyw prowadzący biuro w Warszawie. W maju trafił do aresztu z zarzutami korumpowania Aldony S., urzędniczki z Urzędu Miasta Rzeszowa.
Daniel J. – mieszkaniec Szczecinka, który zamieszkał w Tanzanii. Obecnie przebywa w tamtejszym więzieniu skazany na 30 lat za produkcję marihuany.
Wojciech Ż. znany jako Wojciech z Zanzibaru – założył na wyspie kurort Piri Piri, chętnie odwiedzany przez rodzimych celebrytów. Jest poszukiwany listem gończym. Miał wyciągać pieniądze od biznesmenów, obiecując im inwestycję w hotele i apartamenty, które nigdy nie powstały.
Krzysztof Rutkowski – pozbawiony licencji detektyw, celebryta, uczestnik „Tańca z gwiazdami”. Twierdzi, że wie, gdzie przebywa Wojciech z Zanzibaru, a Łukasz K. to pierwszy aresztowany w związku z dotyczącą Wojciecha Ż. aferą.

Wojciech Ż. i celebryci

W Rzeszowie Rutkowski pojawił się w środę tuż przed południem. Przyciemnione okulary, wysoka czapka z daszkiem przykrywająca charakterystyczną fryzurę, złoty łańcuch i srebrny krzyż na piersi, na nadgarstku rolex. Obok umundurowany ochroniarz w kominiarce na twarzy, a w tle Zakład Karny na Załężu, którego tablica idealnie mieści się w kadrze towarzyszącego mu operatora telewizji Patriot24. Tak to wyglądało.
– Sprowadza nas tu budząca wiele emocji sprawa Wojtka z Zanzibaru i działających z nim osób, które czerpały korzyści materialne z afery powstałej na bazie zaproszeń polskich celebrytów – rozpoczął donośnym głosem. – W tej chwili słynny Wojtek poszukiwany jest listem gończym przez polską policję. A w areszcie śledczym w Rzeszowie jest mężczyzna, który również otarł się o tę bulwersującą sprawę.
Słynny Wojtek to założyciel turystycznego kurortu na Zanzibarze. Swego czasu Piri Piri licznie odwiedzali polscy celebryci. Gdy w kraju szalała pandemia i przez wszystkie przypadki odmieniano hasło COVID-19, w Internecie królował hasztag #zanzibar. Na zdjęciach opalone ciała, drinki z palemką i nieskazitelny błękit oceanu.
– Celebryci wykorzystywani byli przez Wojtka jako tło, które dawało mu wiarygodność. Ci ludzie za darmo tam lecieli, za darmo jedli i pili, za darmo mieszkali na Zanzibarze. Choć w sumie nie do końca. Robili to za jedną fotkę ze słynnym Wojtkiem. To napędzało mu nowych klientów, uwiarygodniało go w ich oczach, mógł wyłudzać kolejne miliony – twierdzi Krzysztof Rutkowski. I dodaje: – Gdy wybuchła afera, nagle te wszystkie posty z sieci poznikały. Bo okazało się, że te gwiazdy wygrzewały swoje ciała na piaskach Zanzibaru za pieniądze biznesmenów, którzy inwestowali w coś, co było zupełnie nierealne.
Mowa o domach i apartamentach, które Wojciech Ż. miał wybudować za pieniądze przedsiębiorców z Polski. Obiecał im udziały w zyskach z wynajmu. – Szacujemy, że mógł wyłudzić ponad 100 milionów złotych. Oszukani są ludzie z całej Polski, na pewno także mieszkańcy Podkarpacia – mówi Rutkowski.

Daniel J. i marihuana

Tu płynnie przechodzimy do kolejnej postaci – Daniela J., którego sprawą zajmuje się Rutkowski. Detektyw opowiada: – Wojtek jest mu winien 6 tysięcy dolarów, najprawdopodobniej za marihuanę, którą dla niego produkował. Bo trzeba przyznać, że Wojtek był bardzo gościnnym gospodarzem dla celebrytów. Sądzę, że niejeden z nich wciągnął bucha dobrze przygotowanego towaru spod Kilimandżaro.
Daniel J. pochodzi ze Szczecinka. Do życia wybrał Tanzanię, tam poznał partnerkę, tam też w miasteczku Moshi u podnóża najwyższej góry w Afryce, zajął się rolnictwem. Niestety, zamiast na popularne w tym kraju uprawy manioku, batatów czy kukurydzy, postawił na konopie indyjskie. Z ich kwiatów, po wysuszeniu otrzymuje się marihuanę – narkotyk, który idealnie pasuje do rekreacyjnych wczasów nad Oceanem Indyjskim.
Daniel J. już nie diluje. Został aresztowany i od dwóch lat odsiaduje 30-letni wyrok w tanzańskim więzieniu. Rutkowski: – Tych krzaków nie było dużo, ta kara zupełnie odbiega od standardów europejskich. Daniel tego wyroku nie zaskarżył, ale liczy na to, że będzie mógł odbywać karę na terenie Polski. Dlatego rodzina stara się, żeby wrócił do kraju. Sądzę, że wyrok zostałby wtedy mocno zmodyfikowany i po jakimś czasie mężczyzna mógłby normalnie żyć.

Łukasz K. i niespełnione obietnice

W tym momencie w zakładzie karnym otwiera się metalowa brama, ze środka wyjeżdża radiowóz, policjanci uśmiechają się lekko na widok detektywa – celebryty. Za murami, które właśnie opuszczają, przebywa pochodzący z Podkarpacia Łukasz K. – kolejna postać w tej historii.
– Ten mężczyzna miał pomóc w wydostaniu się Daniela z zakładu karnego w Moshi, opowiadał, że był w Tanzanii, powoływał się na znajomość z polskim konsulem i stworzył legendę odbicia Daniela przez komandosów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Za to oszustwo zainkasował od rodziny aresztowanego 120 tys. zł – oznajmia wzburzony Rutkowski, wyciąga telefon i dzwoni do siostry skazanego. Aparat ustawiony jest na tryb głośnomówiący.
– Gdy Daniel został aresztowany, świat naszej rodziny się zawalił – słychać głos Ilony Lewickiej. – Znalazłam w internecie biuro detektywistyczne, skontaktowałam się z Łukaszem K. Przyjechał do mnie, mówił, że niejednokrotnie wyciągał ludzi z więzienia, powiedział, że pracuje z ludźmi, którzy opłacą sędziów, żeby wydostać Daniela i że zorganizował dla niego ochronę w więzieniu. To wszystko były bzdury, a my z mamą byłyśmy tak zrozpaczone, że wierzyłyśmy we wszystko, co ten człowiek mówi. Straciłyśmy przez niego zdrowie, nerwy i pieniądze. Nie przypuszczałam, że można tak żerować na czyimś nieszczęściu. Mam nadzieję, że spotka go zasłużona kara.
Tyle, że prokuratura póki co nie prowadzi czynności w sprawie wyłudzenia 120 tys. zł przez Łukasza K. Trafił do rzeszowskiego aresztu, bo miał zapłacić rzeszowskiej urzędniczce 7 tys. zł za dane mieszkańców Rzeszowa. Do czego je wykorzystywał – na razie nie wiadomo.

Grzegorz Król