
Pilotaż sieci kardiologicznej, tak oczekiwany przez kardiologów i pacjentów, zostanie wreszcie poszerzony o pięć kolejnych województw. – Będzie realizowany już nie tylko na Mazowszu, ale również w woj.: pomorskim, małopolskim, łódzkim, wielkopolskim i śląskim – poinformował szef resortu zdrowia, Adam Niedzielski. Niestety, w wyliczance ministra zabrakło Podkarpacia, które nadal pozostaje białą plamą w kompleksowej opiece nad sercowcami. Dlaczego wybrano te województwa, a nie inne? Czy w naszym regionie niepotrzebna jest odbudowa zdrowia po 5 falach pandemii koronawirusa (taki jest podobno cel drugiego etapu pilotażu sieci kardiologicznej)? Przecież to choroby serca zbierają najtragiczniejsze żniwo, także na Podkarpaciu – to właśnie niewydolność serca od lat nazywana jest „epidemią XXI wieku”, odpowiadającą za co 10. zgon. Niestety, najnowsze dane wskazują, że ta statystyka jeszcze się pogorszyła. Walka z pandemią COVID-19 doprowadziła bowiem do paraliżu ochrony zdrowia. Jednymi z najbardziej poszkodowanych były w pandemii osoby cierpiące właśnie na choroby układu sercowo-naczyniowego, w tym zwłaszcza na niewydolność serca, które nie mogły otrzymać pomocy na czas i co stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla ich życia. Jak się to stało? Bardzo prosto. W związku z pandemią znaczna część oddziałów kardiologicznych przestała funkcjonować, skupiając się na pomocy osobom zakażonym wirusem. Te, które nie zostały przemianowane, pracowały na pełnych obrotach, opiekując się o wiele większą liczbą pacjentów niż wcześniej. Zdarzało się, że pacjenci z zawałem byli odsyłani do innych szpitali, a przecież dla nich liczył się przede wszystkim czas. Byli też tacy, którzy sami opóźniali wezwanie karetki, bojąc się koronawirusa, a kiedy wreszcie się decydowali, było już za późno. W czasach „zarazy” notowano więc o kilkadziesiąt tys. zgonów rocznie więcej niż przed pandemią. Kilkanaście procent tej nadwyżki przypadało na chorych na serce. To bardzo dużo. Tymczasem w ramach pilotażu sieci pacjenci m.in. z: niewydolnością krążenia, nadciśnieniem tętniczym czy z zaburzeniami rytmu serca, mogliby liczyć na kompleksową, a przede wszystkim skoordynowaną opiekę, począwszy od diagnostyki, a na leczeniu skończywszy. A wszystko odbywałoby się szybko i jak „po nitce do kłębka”. Wyglądałoby to tak: pacjent, u którego podejrzenie choroby kardiologicznej postawiłby lekarz rodzinny albo kardiolog, gdzieś w przychodni oddalonej od dużego ośrodka, byłby kierowany na konsultacje do wskazanej placówki i przyjęty w ciągu miesiąca. Kardiolog, który potwierdziłby rozpoznanie, proponowałby najlepsze możliwe leczenie, w najlepszym ośrodku. Warunkiem włączenia pacjenta do pilotażu byłoby tylko zadeklarowanie przyjęcia go z powrotem pod opiekę do podstawowej opieki zdrowotnej (skąd wyszedł), ale już po diagnostyce i odpowiednim leczeniu. Rozwiązanie idealne, szczególnie w okresie postpandemicznym, kiedy jest bardzo dużo pacjentów czekających w kolejkach i niewiedzących czy są chorzy, z jak zaawansowaną chorobą i jak bardzo potrzebują pomocy. Szybka weryfikacja rozpoznania i zaproponowanie leczenia byłoby w tym momencie szczególnie istotne. Kompleksowa opieka kardiologiczna (i nie tylko kardiologiczna) powinna być wszędzie standardem. Tylko wtedy uporamy się z narosłym długiem zdrowotnym. I choroby serca przestaną zbierać śmiertelne żniwo.
Redaktor Anna Moraniec


