
50 tysięcy złotych przeznaczyli rzeszowscy radni na badania, które mają dać odpowiedź na to, czy jest sens inwestować
w linie tramwajowe w mieście. Jedni wizją pędzących po szynach pojazdów już są zachwyceni i widzą w tym gotową receptę na poprawę transportu w mieście, dla innych to „fantasmagoria, trochę podobna do kolejki nadziemnej”. – Dobrze, że taka analiza zostanie przeprowadzona. Tylko to ma być uczciwy rachunek, a nie, że ktoś dopasowuje go do jakiegoś sloganu, który dobrze wygląda na plakacie wyborczym – powiedział nam jeden z ekspertów.
O jeżdżących po Rzeszowie tramwajach mówi się co najmniej od czasów prezydenta Ludwika Chmury. Rządził on miastem w latach 1983 – 1990, chciał, by stało się nowoczesne i dorównywało innym większym ośrodkom w kraju. Nowoczesna trakcja tramwajowa była jednym z jego największych, niespełnionych marzeń. To z myślą o elektrycznych wagonikach powstały szerokie pasy zieleni między jezdniami m.in. na budowanych w tych latach alejach Witosa i Batalionów Chłopskich. W 1984 roku postulat dotyczący nowej formy transportu znalazł się nawet w programie wyborczym kandydatów Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego do Miejskiej Rady Narodowej w Rzeszowie.
Fantastyczna sprawa czy fantasmagoria?
Dziś tramwaje to sztandarowe hasło radnych Prawa i Sprawiedliwości. Ostatnio sporo mówili o nich w trakcie wrześniowej sesji Rady Miasta, na którą przygotowali nawet niewiele wnoszącą w życie mieszkańców uchwałę o przyjęciu kierunków rozbudowy systemu transportowego w Rzeszowie. Konkretniej zrobiło się na początku grudnia podczas sesji budżetowej. Okazało się wtedy, że w wydatkach na przyszły rok zapisano 50 tys. zł na prace dotyczące możliwości budowy linii tramwajowych.
Radni PiS, co prawda, za przyjęciem budżetu nie zagłosowali, nie przeszkodziło to jednak ich liderowi, Marcinowi Fijołkowi wychwalać pomysłu: – Zależało nam na tym, aby w tym budżecie dać sygnał zarówno mieszkańcom, jak i tym, którzy będą na nasze miasto patrzeć, że Rzeszów dostrzega nowoczesny transport publiczny. Dlatego tak bardzo chcieliśmy, żeby znalazły się pierwsze środki na utworzenie systemu tramwajowego. To fantastyczna sprawa zarówno dla rozwoju miasta, jak również poprawy jakości naszego transportu, a dobry transport miejski to rzecz kluczowa.
Przewodniczący Rady Miasta Rzeszowa, Andrzej Dec, tuż przed głosowaniem ideę tę skwitował krótko: – Dla mnie, budowanie w Rzeszowie tramwaju, to jest fantasmagoria. Rozumiem, że gdzieś tam jakiemuś ministrowi się chlapnęło, że to jest dobry pomysł i my chcemy wejść w ten temat – stwierdził. Przez ostatnie tygodnie zdania nie zmienił.
– To jest utopia – mówi. – Może trochę w mniejszej skali, mniej nieprawdopodobna niż kolejka nadziemna, ale moim zdaniem, jednak utopia. Ale skoro ta skala jest mniejsza, to może rzeczywiście warto to sprawdzić i zamknąć sprawę raz na zawsze. A nuż się okaże, że tramwaje w Rzeszowie da się zrobić?
Oddajmy sprawę w ręce ekspertów
Prezydent Konrad Fijołek, który od początku swojej kadencji stawia na zielony Rzeszów, cieszy się z inwestycji w nisko emisyjne autobusy i kolejnych 48 mln zł, które miasto przeznaczy na ten cel w przyszłym roku, o samych tramwajach wypowiada się ostrożnie. – O tym, czy w nie zainwestujemy, zadecydują analizy eksperckie. Badania dla całej aglomeracji rzeszowskiej prowadzą już naukowcy z Politechniki Rzeszowskiej. Sprawdzają m.in., jak mieszkańcy poruszają się po mieście, jakie środki transportu preferują. Na podstawie zebranych przez nich danych powstanie model mobilności miejskiej, który ma wskazać, jakie inwestycje rozwiążą poszczególne problemy komunikacyjne. Być może jednym z takich rozwiązań będzie właśnie tramwaj.
Badania te już trwają i powinny zakończyć się w pierwszej połowie przyszłego roku. Miasto zapłaci za nie 1,5 mln zł, 500 tys. zł dołożyć mają okoliczne gminy, które wchodzą w skład Rzeszowskiego Obszaru Funkcjonalnego. Wspomniane 50 tys. zł to kwota dodatkowa.
– To są pieniądze na ten jeden, konkretny cel – tramwaje, a dokładniej na prace koncepcyjne dotyczące możliwości budowy linii tramwajowych – przyznaje Artur Gernand z Kancelarii Prezydenta Rzeszowa. – Lepiej je teraz wydać, niż wchodzić w jakiś projekt, który nie będzie miał racji bytu. Musimy mieć pewność, że tego typu rozwiązanie będzie miało uzasadnienie, po pierwsze, ekonomiczne, a po drugie – czy będzie miało realny wpływ na poprawę komunikacji w mieście. Pewne rzeczy trzeba zbadać, skonsultować z fachowcami, przeanalizować, żeby uniknąć jakichś wydatków, które okażą się nietrafione.
Jakieś wydatki, to w tym przypadku setki milionów złotych. Olsztyn, który kilka lat temu rozpoczął przywracanie sieci tramwajowej, pierwszą część inwestycji zamknął kwotą 496 mln zł. Położono wtedy 10,5 km torowiska. W tej chwili powstaje drugi, 6-kilometrowy odcinek. W czerwcu ub.r. prace wyceniono na 403 mln zł. Czy to wystarczy – nie wiadomo. W związku z inflacją i wzrostem kosztów materiałów, firma, która podjęła się zadania, chce, żeby miasto dołożyło kolejnych 50 mln zł.
To nie może być polityka
– Ja mam 62 lata i chciałbym pożyć jeszcze w Rzeszowie kilka lat spokojnie, a nie z wizją, że rozkopią to miasto na nie wiadomo ile lat – mówi z uśmiechem dr Mirosław Kurek, ekonomista z rzeszowskiej WSPiA, gdy pytamy, jaka pierwsza myśl przychodzi mu do głowy na hasło „tramwaj w Rzeszowie”. – Dobrze, że miasto planuje te badania. Niech one dadzą odpowiedź na pytanie, czy to ma sens. Bo tramwaje to nie może być tylko polityka, a mam wrażenie, że dla niektórych to takie przygotowania do wyborów na wiosnę 2024 roku – jak Ferenc wygrywał kolejką, to my wygramy tramwajami.
Choć, jak przyznaje, sam kibicował pomysłowi byłego prezydenta. – Problem z tramwajami jest taki, że mamy określoną szerokość dróg, a te najważniejsze arterie w centrum, po których autobusami przemieszcza się najwięcej osób, chyba tych tramwajów już po prostu nie pomieszczą. Tadeusz Ferenc miał wizję, żeby ten ruch przenieść na inny poziom i kolejkę zawiesić u góry. Takie rozwiązanie jestem sobie w stanie wyobrazić. Tak samo to, że byłaby niesamowitą atrakcją. Dziś można się z tego śmiać, ale przypomnę, że kpiono z okrągłej kładki, kpiono z mostu Mazowieckiego analizując, ile można by więcej za to wybudować, kpiono z fontanny koło zamku. A dziś to są swoiste atrakcje Rzeszowa.
Grzegorz Król


