
Równo o godz. 7 rano na budynkach Państwowej Straży Pożarnej wywieszono protestacyjne flagi. Strażacy strajkować nie mogą, ponieważ ich praca to służba. Mogą jednak protestować. I robią to, w poniedziałek, w całym kraju.
Zawód strażaka należy do jednych z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Jadąc do rutynowej akcji zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że z akcji mogą nie wrócić. Nie jeden druh poległ na służbie. Mimo że dają z siebie w pracy wszystko, to rząd nie chce zgodzić się na waloryzację ich pensji.
– Nie satysfakcjonuje nas zaproponowana przez ministerstwo rewaloryzacja na poziomie 7 proc., kiedy inflacja wynosi 17 proc. Niestety, ale strażacy będą wtedy pokrzywdzeni – mówi Czesław Kolano, przewodniczący Podkarpackiego Zarządu Wojewódzkiego ZZS Florian.
Pensje strażaków w tamtym roku zostały zrewitalizowane po strajkach służb w 2018 roku. Jednak przeliczone zostały przez wskaźnik 4,4 proc., czyli tyle, ile zakładał wskaźnik inflacji na 2022 rok. Przewidywania jednak rozjechały się z rzeczywistością. – Chcemy zmodyfikować to porozumienie, które podpisaliśmy cztery lata temu – wyjaśnia Czesław Kolano.
Oflagowano jednostki PSP
Dlatego w poniedziałek, oflagowano budynki PSP w całym kraju. Strażacy cały czas pracują normalnie, nikomu nie odmówią pomocy. Na dniach ma odbyć się kolejne spotkanie z przedstawicielami rządu. Jeśli rozmowy się nie powiodą, ma dojść do ogromnej manifestacji w Warszawie. Wezmą w niej udział przedstawiciele związków zawodowych służb mundurowych.
Protest zapowiadają też policjanci. Oni też chcą wyższych pensji i dodatków. Zapowiadają, że jeśli ich postulaty nie zostaną wysłuchane, nie będą wystawiać mandatów, a za wykroczenia pouczać.
Kinga Dereniowska

Agencja Wyborcza.pl


