Ekstremalna Droga Krzyżowa zmienia życie

Adrian Skoczylas. Fot. Archiwum prywatne

Idą kilkadziesiąt kilometrów – nocą i w zupełnej ciszy… Czasami pod górę. Przez błotniste, zawiłe szlaki, wąskie ścieżki, a niekiedy asfaltowe drogi. Dlaczego podejmują takie wyzwania? Czy warto? Arkana Ekstremalnej Drogi Krzyżowej zdradza ADRIAN SKOCZYLAS, jeden z jej rzeszowskich koordynatorów.

– Czy z Ekstremalną Drogą Krzyżową zawsze związany jest ból?
– W większości przypadków „zwykłych” ludzi, którzy nie zajmują się sportem profesjonalnie, tak. Fizyczny, ale i psychiczny, bo jesteśmy zmęczeni, jest noc, bardzo chce nam się spać, a nogi odmawiają posłuszeństwa. Nie jest tak, że idzie z nami przewodnik, który nas za sobą pociągnie i doprowadzi do celu. Tutaj jesteśmy zdani sami na siebie. Możemy mieć wrażenie, że jesteśmy zostawieni sami sobie… Ból psychiczny jest jednak potrzebny.
– Do czego?
– Aby zdać sobie sprawę z tego, że powinniśmy z pomocą Boga próbować walczyć do końca, oprzeć się na tym, co ma On nam do przekazania. Niesamowity jest moment, kiedy już dochodzimy do ostatniej stacji, jesteśmy tak potężnie zmęczeni, ale wiemy, że pokonaliśmy samych siebie, przełamaliśmy ból i własne ograniczenia… To bardzo mocne, intensywne przeżycie, które uświadamia nam nasze możliwości. Motywuje do tego, by walczyć, nie poddawać się, by stawać się mocniejszym człowiekiem, a z pomocą Boga dawać sobie radę z każdą trudnością, jaką napotka się w życiu.
– Najdłuższa, bo ponad 100-kilometrowa z podkarpackich tras EDK, wiedzie z Rzeszowa do Pustelni św. Jana z Dulki. Jest wielu chętnych, by ją podjąć?
– Bywały takie lata, że nawet po 20 – 30 osób wybierało się do Pustelni św. Jana z Dukli. W tym roku także chętnych nie brakuje.
– Takiej odległości nie można przejść raczej w jedną noc…
– Większość osób dociera do celu wieczorem, kolejnego dnia. Są też tacy, którzy są na tyle wyćwiczeni, że radzą sobie z tym szybciej. Dla osób startujących w biegach, ultramaratonach, dystans jest troszkę łatwiejszy i mogą go pokonać w ok. 15 godzin. Generalnie jednak trasa ta zajmuje 20 godzin, a czasem nawet dobę.
– Na szczęście szlaków jest więcej i nie każdy jest aż tak wymagający…
– Różnorodność jest duża. Najkrótsze trasy liczą 30 – 40 km, więc teoretycznie można je przejść bez większego przygotowania kondycyjnego. Bez zupełnego przygotowania może się da, ale na pewno nie będzie łatwo.
– Ile potrzeba czasu na przejście 30 km?
– Trzeba liczyć 7, może 8 godzin.
– Każdy może się zgłosić?
– Formalnie, jedynie u osób poniżej 18. roku rekomendowane jest towarzystwo osób dorosłych. Poza tym nie ma żadnych ograniczeń.
– A o czym trzeba pamiętać, przygotowując się do podjęcia wyzwania?
– Zdecydowanie najważniejsze są buty – najlepiej oczywiście górskie oraz zapasowe skarpetki. Niezbędna jest latarka czołówka. Choć telefony wyposażone są w latarki, po całej nocy mogą nam po prostu paść. Koniecznie trzeba więc mieć ze sobą inne źródło światła. Tym bardziej, gdy dodatkowo korzystamy z komórki. Na szlaku przydaje się aplikacja, która zawiera teksty rozważań oraz opisy tras i ślady GPS. Można też wyposażyć się w pakiet uczestnika z drukowaną książeczką z rozważaniami oraz opaskę silikonową – odblaskiem. Najlepiej ubrać się tak, jak w góry, czyli: kilka warstw ubrań, koszulka termoaktywna, polar, kurtka przeciwdeszczowa, rękawiczki. Przydaje się i czapka, bo nawet jak za dnia będzie ok. 10 stopni, to przecież jeszcze jest wiosna, a w nocy temperatura lubi spaść, czasami nawet poniżej zera. No i plecak. Może niekoniecznie pełen jedzenia, ale warto wziąć ciepłą herbatę, kanapki, batoniki energetyczne – co, kto lubi.
– Krzyż jest niezbędny w takiej wędrówce?
– To kwestia indywidualna. Niektórzy przygotowują sobie krzyże. Może czują, że jest to potrzebny akcent, może chcą też utożsamić się trochę z Chrystusem.
– Idzie się w maksymalnie 10-osobowych grupach, w ciszy… Dlaczego jest ona taka ważna?
– To nieprzypadkowa reguła, bo cała droga ma służyć nawiązaniu indywidualnej relacji z Bogiem, jej wzmocnieniu. Kiedy wybralibyśmy się na taką trasę, jak z kolegami w góry, to rozmawiając na różne tematy, niezwiązane z drogą, ze słowem, zawartym w rozważaniach, prawdopodobnie oddalilibyśmy się od idei, którą jest przełamanie samego siebie i kontemplacja, indywidualna rozmowa z Bogiem. To ona jest tutaj najważniejszym celem.
– Kiedy ktoś nie dojdzie do celu, może mówić o niepowodzeniu?
– To kwestia bardzo indywidualna. Wydaje mi się jednak, że w przypadku EDK sukcesem jest już samo podjęcie tej rękawicy. Decyzja o wyruszeniu na trasę jest w pewnym sensie przekroczeniem siebie, bo mamy świadomość, że przed nami długa, nocna wędrówka, w często niesprzyjających warunkach atmosferycznych. To już jest wyczyn i bardzo dobre doświadczenie.
– Miał Pan okazję na własnej skórze przekonać się o trudach EDK?
– Jako koordynatorzy co roku przechodzimy i weryfikujemy trasy. Natomiast moja pierwsza Ekstremalna Droga Krzyżowa to była górska trasa w Zawoi, położonej u podnóża Babiej Góry. Wędrowaliśmy na wysokości ponad 1100 m n.p.m., ponad 40 km. Zalegał śnieg… Szczerze powiem, że nie byłem pewien czy dotrę do końca. Było mi bardzo ciężko, ale się udało. Z rzeszowskich tras mocno w kość dała mi też 65-kilometrowa wędrówka do Krosna. Przez ostatnie 10 km, dosłownie ciągnąłem nogi za sobą ze zmęczenia. Zresztą zawsze było trudno, nawet gdy w grę wchodził krótszy, 40-kilometrowy szlak. Warto było, bo Ekstremalna Droga Krzyżowa pomogła mi odmienić swoje życie.
– W jaki sposób?
– Kiedy przeszedłem ją po raz pierwszy, zdałem sobie sprawę, że rzeczy, które wydają się niemożliwe do zrobienia, są do zrobienia. Trzeba po prostu mocno chcieć je zrobić. A to faktycznie wpływa na dalsze życie. Ja sam zacząłem biegi długodystansowe w postaci maratonów, ultramaratonów. Coś, co wydawało mi się poza zasięgiem, stało się możliwe, dzięki przeżyciom z drogi krzyżowej. No i stąd też decyzja, by w Rzeszowie utworzyć rejon, skąd ruszać będzie EDK. Aby dać możliwość przeżycia czegoś dobrego także innym. Choć z tym różnie bywa – trzeba po prostu spróbować. Wtedy przekonamy się sami.
– Który raz Rzeszów uczestnicy w tej ogólnopolskiej inicjatywie?
– Po raz pierwszy przejście drogi krzyżowej koordynowaliśmy w 2014 roku. Nie odbyła się on tylko raz, 2 lata temu, a przynajmniej nie w takiej zorganizowanej formie, ze względu na pandemię. Początkowo wyruszała z Parafii Farnej, a teraz już od kilku dobrych lat – ma swój początek w Parafii Garnizonowej w Rzeszowie. Sama EDK powstała w 2009 r., w środowisku krakowskim, w parafii św. Józefa na Podgórzu. Pierwsza trasa wiodła do Kalwarii Zebrzydowskiej. W tym roku odbywa się już 14. edycja EDK.
– Jest duże zainteresowanie?
– Wydaje mi się, że w tym roku z Rzeszowa wybierze się w trasę ok. 600 – 700 osób. Trudno powiedzieć, ponieważ rozmawiamy jeszcze przed zakończeniem zapisów, a najwięcej osób zgłasza się przedostatniego i ostatniego dnia. Nie wszyscy uczestnicy dokonują też oficjalnej rejestracji.
– A jak było w poprzednich latach?
– Bywało, że w EDK brało udział nawet do tysiąca chętnych. W sumie podczas wszystkich edycji z Rzeszowa wyruszyło prawie 3900 osób. Teraz powstało więcej tras z okolicznych parafii, więc możliwe, że ruch rozbił się na inne miejscowości. To jednak nie ma znaczenia. Tak naprawdę, jeśli choć jedna osoba przeżyje dobrą rzecz, zmianę, dzięki tej trasie, to jest to warte organizowania. Choćby tylko ta jedna osoba miała się zapisać.
– Co pana zdaniem, jest największą siłą EDK?
– Myślę, że możliwość zmiany – odwrócenia swojego życia. Znam wiele historii, jak po przejściu Ekstremalnej Drogi Krzyżowej ludzie odmienili swój los o 180 stopni. I to jest jej największą siłą!
Rozmawiała Aneta Jamroży