Jak kaskader ze Stalowej Woli porwał Nicole Kidman

Fot. Archiwum Jacka Jagódki

Pracował na planie takich hitów jak: „Spectre”, „Gra o tron”, „Gwiezdne wojny” czy „Indiana Jones”. Nie zabrakło go także w najnowszym dziele Roberta Eggersa, który już w ten weekend wchodzi do kin. Były koszykarz ze Stalowej Woli (na zdj. pierwszy z prawej) zdradził kulisy efektownej produkcji, a już za tydzień opowie o nich w rzeszowskim kinie „Zorza”.


– Lubi pan filmy o wikingach?

– Jak najbardziej. Zawsze mnie pasjonowały takie opowieści. Oglądałem wszystkie sezony serialu „Wikingowie” i zawsze chciałem w nim zagrać, co niestety się nie udało. Wiem, że podobnie jak nasz film, nagrywano go w Irlandii, tylko w innej części kraju.
– Oferta pracy przy pełnometrażowej produkcji musiała pana ucieszyć…
– Koordynator, który do mnie zadzwonił wiedział, że w przeszłości, w „Tarzanie” dublowałem Aleksandra Skarsgarda – odtwórcę głównej roli w „Wikingu”. Tym razem miałem zastępować jego filmowego przeciwnika, w którego wcielił się Claes Bang, duński aktor znany z serialu „Dracula”. Podejrzewam że, twórcy chcieli się zabezpieczyć na wypadek, gdyby coś się stało koledze dublującemu Aleksa. Wiedzieli, że jestem w stanie go zastąpić.
– Granie złego charakteru było pana jedynym zadaniem?
– Ufff, było ich pełno! Musieliśmy zaplanować wszystkie walki, trenować aktorów, ćwiczyć całą choreografię, żeby wszystko dobrze wyglądało i działało rewelacyjnie pod kamerę. Oprócz dublowania jednego z głównych bohaterów, miałem też małą rolę. Wcielałem się w jednego z wikingów nazywanych Berserkami, którzy podbijali zamki. Warto poczytać o ich historii.
– Kim byli?
– To wojownicy, którzy zawsze przed walką pili magiczny eliksir, zrobiony przez szamana – w rzeczywistości były to grzyby halucynogenne. Zaznaczam, że na planie filmowym ich nie mieliśmy (śmiech). Pobudzeni mężczyźni wpadali w szał walki, uderzali jako pierwsi, z niczym się nie licząc, walcząc niezwykle brutalnie, idąc do przodu za wszelką cenę. Było nas dwunastu. Wszyscy musieli być bardzo wysocy, świetnie zbudowani. Ja mam 193 cm i ważę ok. 100 kg, ale znajdowali się na planie tacy, co mierzyli po dwa metry, a nawet więcej, z wagą 150 kg. Zdarzało się, że przed zdjęciami na wyprostowanych ramionach podnosili ludzi do góry ponad swoje głowy. To były ich „ćwiczenia”, żeby lepiej wyglądać w najbliższych scenach.
– Jak Pan wspomina pracę na planie?
– W Irlandii panowały trudne warunki, szczególnie gdy nagrywaliśmy w górach Mourne Mountains. Droga tam zajmowała godzinę, później pół godziny na piechotę… Aktorów dowożono helikopterem, więc mieli dużo łatwiej. Przepiękne widoki trochę psuła pogoda, bo w tym kraju nie pada tylko z góry, ale i z jednego oraz drugiego boku. Nie ma sensu nosić żadnej parasolki, bo i tak się zmoknie.

Jacek Jagódka pochodzi ze Stalowej Woli. Z rodzinnego miasta wyjechał ok. 15 lat temu po tym jak, dostał ofertę gry dla londyńskiego klubu koszykówki. Do świata filmu trafił jako statysta rzymskiego żołnierza w produkcji „Dziewiąty Legion”. Praca na planie tak go zaintrygowała, że zmienił zawód. Został kaskaderem oraz aktorem. Dziś ma na koncie udział w ponad 50 hollywoodzkich hitach z największymi gwiazdami. Więcej o historii Jacka Jagódki można znaleźć w artykule „U boku Indiany Jonesa”. Fot. Archiwum Jacka Jagódki

– Bywało niebezpiecznie?
– Wielokrotnie – właśnie przez to, że warunki atmosferyczne były bardzo „irlandzkie”, czyli niska temperatura, opady, do tego dużo błota. A wszystkie szturmy na zamki nagrywano przy takiej pogodzie. Co prawda nosiliśmy futra niedźwiedzi albo wilków na swoich plecach, ale atakowaliśmy tylko w wikińskich spodenkach, więc było bardzo zimno. Kilka osób doznało kontuzji przez to, że się poślizgnęło albo wywróciło.
– Czyli dużo się działo…
– Płynęliśmy łodziami wikingów, a gdy strzelaliśmy z łuków, koledzy kaskaderzy musieli wpadać do wody, potem się szybko przebierać i wracać na następne ujęcie. Także jazda konna była uciążliwa przez to, że było bardzo ślisko. Do tego główna walka miała miejsce w nocy, a reżyser zażyczył sobie, żeby odbywała się… nago.
– Zupełnie nago!?
– Robert Eggers lubi takie artystyczne zabiegi w swoich filmach. Musieliśmy nosić skąpe kąpielówki koloru ciała, do tego zbroja i miecz. A wszystko nagrywano w górach i to nocą, w temperaturze poniżej zera, około minus 5 stopni. Ponadto ryzykowaliśmy poślizgi, bo wszędzie było pełno sztucznej krwi, sztuczna lawa lała się z kraterów. Te trzy czy cztery noce stanowiły spore wyzwanie, aczkolwiek efekt jest rewelacyjny.

Fot. Archiwum Jacka Jagódki

– Z każdą gwiazdą filmu miał Pan kontakt?
– W zasadzie z każdym aktorem miałem bezpośrednio do czynienia. Z Aleksandrem Skarsgardem walczyliśmy razem w wielu różnych scenach, wiosłowaliśmy w tej samej łodzi. W filmie widać mnie nawet, jak siedzę obok niego, jest na nas zbliżenie. Zresztą to nie pierwsza współpraca z Aleksem. Znam go dobrze. W Londynie, gdzie mieszkam, chodzimy na tę samą siłownię. Jest bardzo zabawny, dużo żartuje. Zawsze nazywa mnie „pretty Jack”, czyli „przystojny Jack”.
– A z Nicole Kidman?
– Pracowałem z nią pierwszy raz. Bardzo wysoka aktorka, niezwykle utalentowana. Wspólnie zagraliśmy, gdy dublowałem zły charakter grany przez Claesa Banga. Jest w filmie scena, w której podnosi ją do góry, przerzuca przez ramię i porywa. Żeby aktor nie doznał kontuzji, ja musiałem to zrobić. Ethanowi Hawke’owi w jednym z ujęć podawałem wino. Najkrótszą scenę miałem z Willemem Dafoe. Podsumowując, rewelacyjnie się z nimi pracowało. Wszyscy byli bardzo przyjaźni.
– Co było najtrudniejsze?
– Miałem pełne ręce roboty, bo wiadomo, że na planie filmowym wszystko się zmienia w ostatniej chwili. Ale taka jest natura tej pracy, więc jestem do tego przyzwyczajony. Wydaje mi się, że najtrudniejsza była praca w warunkach pandemii. Na przykład nie mieliśmy, jak wcześniej – bufetu. Tak więc na początku jedzenie było zimne, bo je dowożono. Każdy miał osobne porcje. Do tego nosiliśmy maski. Na próbach musiałem walczyć z mieczem i tarczą… w masce, co utrudniało oddychanie. Mogłem ją zdjąć tylko, gdy nagrywaliśmy przed kamerą. Do tego byłem wielokrotnie testowany na koronawirusa. Gdy pracowałem z jedną z głównych ,gwiazd miałem testy dwa razy dziennie. Konieczna była pewność, że nie zarażę aktorów.
– Długo trwały zdjęcia?
– Od marca 2020 roku, kiedy to poleciałem do Irlandii. Niestety, wtedy zaczęła się pandemia i po tygodniu wysłali nas z powrotem do domu. Czekaliśmy około 3 miesięcy, by ruszyć już w lipcu. Byliśmy jedną z pierwszych produkcji, która otworzyła się na nagrywanie filmów po pandemii czy w jej trakcie. Kręciliśmy do końca grudnia. Później mieliśmy jeszcze powtórkę zdjęć i musiałem polecieć na jeden dzień do Islandii nagrać zbliżenia do finałowej walki.
– Nie kręcono tylko w Irlandii?
– Większość zdjęć tak. Ponadto około tygodnia – dwóch ekipa spędziła w Islandii.
– Świat wikingów jest wymagający…
– Muszę uprzedzić widzów, że ten film o wikingach jest szczególny, bo z najmniejszymi detalami od akcentów po napisy. Bardzo artystyczny. Nie biało-czarny, ale niektóre sceny są tak nagrane. Ktoś, kto oglądał wcześniejsze produkcje Roberta Eggersa wie, że lubi on naturalność, dużo krwi. Wiele scen może budzić kontrowersje. Są też niespodziewane zwroty akcji. Mnie ten film bardzo się spodobał!
– Może konkurować z serialem „Wikingowie”?
– Jak najbardziej, aczkolwiek to jest troszeczkę inne kino – w moim uznaniu, lepsze. Jest tu więcej szczegółów historycznych i oryginalności.
– Czyli charakteryzacji się Pan nie ustrzegł?
– Cały czas poddawałem się charakteryzacji – szczególnie przy dublowania Claesa Banga. Musiałem nosić perukę, żeby wyglądać tak jak on, no i ćwiczyć na siłowni, żebym był zbudowany porównywalnie do Aleksandra Skarsgarda. Zdradzę filmowy sekret, że gdziekolwiek Claes Bang jest bez koszulki, to jest moje ciało. Zastąpiona jest tylko głowa.
– Z jego ciałem było coś nie tak?
– Claes dużo ćwiczył na siłowni, ale nie mógł dojść do takiej formy, w jakiej był Alexander Skarsgard. Muszę przyznać, że efekty specjalne związane z zamianą głów wyszły rewelacyjnie. Nie widać żadnej różnicy.
– A co pan zdradzi na temat filmowej garderoby?
– Jak graliśmy Berserków, to była prawdziwie wikińska rewia mody (śmiech). Mieliśmy spodnie, spodenki, niektórzy bardzo krótkie. Klatka musiała być naga, a na plecach futro z niedźwiedzia lub wilka. Jako weganinowi nie bardzo mi się to podobało, ale ponoć pochodziły z wypożyczalni skór, więc nie zabijano żadnych zwierząt na potrzeby filmu. Raz też wystąpiłem we wspomnianych skąpych kąpielówkach koloru ciała. Bardzo duży wybór, jeśli chodzi o garderobę, mieliśmy natomiast do scen konnych: płaszcze, ochraniacze, miecze, tarcze. Z jednej strony więc był duży wybór strojów, a z drugiej minimalizm, bo niemal nic nie mieliśmy na sobie.
– Jak się pracowało z Robertem Eggersem? W końcu to reżyser, którego film otarł się o Oscara…
– Bardzo dobrze. Wie, czego chce, z każdym rozmawia. Nie jest niedostępny. Zawsze słucha, choć ma swoją wizję filmu, historii, którą chce opowiedzieć. Gdy przyleciałem do Islandii na powtórki zdjęć, zaprosił mnie na obiad. Było 15 osób – razem z producentami i gwiazdami „Wikinga”. Wszyscy wyluzowani. Tak siedząc i rozmawiając z nimi bez żadnego dystansu, wyraźnie czułem, że jestem częścią tego filmu.

Z Aleksandrem Skarsgardem znają się bardzo dobrze. Fot. Archiwum Jacka Jagódki

– Nad jaką produkcją teraz pan pracuje?
– Skończyłem powtórkę zdjęć do nowego filmu Matthew Vaughna pt. „Argylle” z Henrym Cavillem i Samuelem L. Jacksonem. Teraz zaczynam pracę na planie „Our Man from New Jersey” z Markiem Wahlbergiem, a później lecę na Wyspy Kanaryjskie nagrywać „Jacka Ryana”. Tak więc grafik jest bardzo napięty.
– Jest w nim miejsce na wizytę w Polsce?
– Chciałbym przylatywać w rodzinne strony jak najczęściej, mam tu przecież bliskich. Na pewno pojawię się w maju na komunii mojego chrześniaka. Wcześniej, bo już za tydzień, odwiedzę Rzeszów, gdzie wezmę udział w pokazie filmu „Wiking” w kinie „Zorza”. Po niedzielnej projekcji (1.05.) o godz. 19, odpowiem na pytania widzów. Marzy mi się też, by jeszcze w tym roku nakręcić w Polsce film o obławie augustowskiej nazywanej „Małym Katyniem”. Mamy już wszystko gotowe do nagrań, zwiastun jest już w sieci. Wciąż jednak szukamy sponsorów, którzy chcieliby zainwestować w polską historię, opowiedzieć ją na arenie międzynarodowej. Chcę przyciągnąć do naszego kraju śmietankę z hollywoodzkich filmów i podzielić się ich oraz moim doświadczeniem z polskimi kolegami, którzy pracują w tej samej branży.
– Czy jest jeszcze produkcja, na planie której chciałby się pan znaleźć? Takie filmowe marzenie…
– Trochę nieskromnie to zabrzmi, ale nagrałem już ponad 50 filmów i w tych, w których już chciałem być, jak „Gwiezdne wojny”, „James Bond, „Gra o tron”, „Wiedźmin”, „Indiana Jones”, wziąłem już udział. Teraz bardziej patrzę na projekt, jaki ja mam w nim udział i z kim będę pracował, bo to najważniejsze. Jeśli proponują mi coś, w czym już się sprawdziłem i nie mam tam możliwości rozwoju, kolejnych doświadczeń, zdobywania nowych umiejętności, to wolę poczekać na coś, co mnie naprawdę zainteresuje.
Rozmawiała Aneta Jamroży

 

Nowe filmy i projekty Jacka Jagódki mo¿na œledziæ na Instagramie: stunt_chef oraz na stronie www.jackjagodka.com.