
To nie jest film tylko o Lutku Pińczuku. To nie jest film tylko o „Chatce Puchatka”. To film o Bieszczadach. Dzikich. Wolnych. Nieskomercjonalizowanych. Każdy miłośnik tego zakątka powinien go obejrzeć!
– Do opowieści o Lutku Pińczuku nie trzeba było nikogo namawiać. Najdłużej zajęło nam przekonanie właśnie jego. Trwało to… jakieś 15 minut – wspomina Robert Żurakowski, reżyser filmu „Śniła mi się połonina”. – Wziąłem ze sobą odpowiednich ludzi. Powiedzieli: „Lutek, ten film musi powstać!”. Początkowo się wahał, w końcu odpowiedział: „No dobra”.
Zamknąć jego bogate życie w niespełna 1,5 godzinnym filmie, było ogromną sztuką. – W pewnym momencie postanowiliśmy, że zrobimy to w formie szkatułkowej: opowieść w opowieści, wspomnienia we wspomnieniach, a szkieletem będzie wędrówka na połoninę byłej żony Lutka – Urszuli z wnuczką Jagódką – tłumaczy Mirosław Mazurkiewicz, autor zdjęć i montażysta.

Legendy o legendzie
Dokument robi wrażenie. Jest nostalgia, ale i dowcip. W dawne Bieszczady, o każdej porze roku, przenoszą nas malownicze, archiwalne zdjęcia i oddające klimat dawnych lat nagrania. Jest lama przed kultowym schroniskiem, Lutek przemierzający konno połoniny, jego słynny gazik, turyści w retro strojach, wieczory z gitarą… Filmowcom udało się pozyskać z prywatnych zbiorów prawdziwą perełkę – unikatowe nagranie ze ślubu bohatera filmu. – Odezwała się pani z Krakowa: „Słyszałam, że robicie Lutka, a ja akurat tydzień temu widziałam archiwalne, niepublikowane materiały. Może byście chcieli?”. Kiedy wysłałam to Robertowi, złapał się za głowę – opowiada Katarzyna Mazurkiewicz, producent.
O życiu w Bieszczadach opowiadają na ekranie m.in. legendarni mieszkańcy tego zakątka, jak choćby: Waldemar Witkowski z „Galerii Nad Berehami”, Ryszard „Prezes” Krzeszewski, Andrzej „Żmiju” Borowski, Ryszard „Bury” Denisiuk… Jest spotkanie z Edwardem Marszałkiem, autorem wszechstronnej biografii bieszczadzkiej legendy „Lutek. co miał szałas na połoninie”. Swoją przyjaźń z bohaterem dokumentu wspomina też Elżbieta Dzikowska, a kulisy życia z gospodarzem „Chatki Puchatka” zdradzają była żona i obecna partnerka.
Za serce chwytają opowieści samego Lutka. Wraca on pamięcią m.in. do śmierci konia Karo. By nie rozstawać się z wiernym przyjacielem, odciął mu głowę i wziął ze sobą… do łóżka. – To jedyny moment w nagraniach do filmu, kiedy Lutkowi poleciała łza – ujawnia Robert Żurakowski. – To było coś niesamowitego. Dużo dyskutowaliśmy, czy włączyć tę scenę do filmu. Jest niby drastyczna, ale moim zdaniem nic bardziej nie pokaże więzi między Lutkiem, a jego koniem, z którym spędził 33 lata.
Równie bolesne wspomnienie, to odejście psa ratowniczego Pruta, którego wieloletni gospodarz „Chatki Puchatka” i GOPR-owiec pochował pod kamieniem na połoninie. Filmowcy zarejestrowali, jak zabiera głaz z wyrytym imieniem ulubieńca do domu w Wetlinie.
Na ekranie, niemal 84-letni Lutek prowadzi też filmowców do bunkra w Berehach Górnych, gdzie w latach 60., jeszcze nim zamieszkał pod Hasiakową Skałą, w ekstremalnych warunkach spędził wiele zimowych dni i nocy.
– Podczas poszukiwań tego miejsca nie mogliśmy za nim nadążyć – śmieje się reżyser. – Zresztą gdy tylko zabieraliśmy go samego z domu, mając jeszcze „co nieco” w plecaku, to Lutek odżywał.

Ostatnia wizyta w chatce
Choć większość filmu to przede wszystkim sentymentalna podróż w dawne Bieszczady, twórcy nie uciekają od współczesności i tego, że ocalona oraz odremontowana przez Lutka w ogromnym trudzie „Chatka Puchatka”, przechodzi do historii. – Dla mnie najbardziej wartościowym było kilka nocy tam spędzonych – tuż przed jej zburzeniem. Pozwoliły mi poczuć klimat tego miejsca – podkreśla reżyser.
Ekipa towarzyszyła legendarnemu „Kowbojowi z połoniny” w wizycie w miejscu, gdzie spędził pół wieku! – Wysłuchaliśmy tam wielu jego opowieści, spotkaliśmy turystów, ratowników, przewodników, wiele się działo – opowiada Robert Żurakowski. – Mieliśmy jakieś 12 godzin nagrań na dwie kamery, ale zdecydowaliśmy się na ujęcia praktycznie bez słów. Pokazanie tylko emocji Lutka.
Porusza też scena, gdy wśród fotografujących go turystów zjeżdża po raz ostatni gazikiem z połoniny. W tle słychać utwór KSU „Za mgłą” i słowa: „Tam na dole zostało, wszystko to, co cię męczy. Patrząc z góry wokoło, świat wydaje się lepszy”. – Uwielbiam tę scenę. Jest bardzo ważna – mówi reżyser.

Ptaszki wygrały z filmem
„Śniła mi się połonina” trwa blisko 1,5 godziny. – Finalna wersja filmu była o wiele, wiele dłuższa, a reżyser nie mógł się rozstać z żadną ze scen – zdradza Małgorzata Mielcarek, scenarzystka. – Proces wycinania był wyjątkowo bolesny. Tyle przepięknych wątków, fantastyczni ludzie, żal cokolwiek odpuścić…
Nie było jednak zmiłuj, nad czym czuwała producentka. Jak zdradza Katarzyna Mazurkiewicz, przez ostatni miesiąc nawet przestała rozmawiać z reżyserem. Poszło o konieczność skrócenia… filmu o 5 minut, czego Robert Żurakowski sobie nie wyobrażał.
Dokument, który otrzymał dofinansowanie z Podkarpackiej Komisji Filmowej powstawał 3 lata. Już za miesiąc, w sobotę, 28 maja, o godz. 18 w Sanockim Domu Kultury odbędzie się oficjalna premiera filmu z udziałem twórców. – Przed nami oczywiście kolejne pokazy oraz festiwale. Za jakieś 4 miesiące kanały VOD, a początkiem przyszłego roku to już Telewizja Polska – wylicza producentka.
Wydaje się, że twórcy mogą być spokojni o frekwencję, czego przedsmakiem była wtorkowa przedpremiera. Gdy tylko pojawiła się informacja o niej, rozdzwoniły się telefony z pytaniem, jak zdobyć bilet – zdradzają organizatorzy. Zainteresowanie było tak duże, że otworzono dodatkową salę. Zaskoczeniem dla jednego z widzów, zdeterminowanego, by zdobyć zaproszenie, było to, że korespondował z reżyserem filmu, który zaoferował, że odda mu… swoje miejsce na sali.
Lutek Pińczuk nie mógł uczestniczyć w rzeszowskiej przedpremierze. Czy widział już obraz, który powstał? – Kiedy przyjechałem do niego z filmem, jeszcze nawet nie w ostatecznym kształcie, to bardzo, bardzo musiałem go namawiać, żeby zobaczył. Nie dał rady obejrzeć do końca – wspomina reżyser. – Powiedział: „Tak, będzie dobrze”. Po czym stwierdził że… musi nakarmić ptaszki. To właśnie jest prawdziwy Lutek!
Aneta Jamroży



