Jak okrutny dziad odpustowy wpadł w Leżajsku

Klasztor bernardynów Leżajsku (u góry) na początku ubiegłego stulecia był miejscem niegodziwego procederu… Fot. A. Bednarczyk, domena publiczna

W wielu sanktuariach maryjnych na Podkarpaciu odbywały się w przeszłości tłumne odpusty. Jedne z największych – w Leżajsku. Tam właśnie we wrześniu 1909 roku doszło do niezwykłego zdarzenia, które obnażyło niegodziwość ludzką…

Autor pamiętnika włościanina wydanego w 1912 roku – wójt Dzikowa Jan Słomka odnotował, że na przełomie XIX i XX stulecia: „Gromadziły się w Leżajsku na odpustach ogromne rzesze narodu z Galicji i Królestwa Polskiego. Pątnicy brali udział w nabożeństwach, słuchali kazań, które odbywały się „pod gołem niebem”, i przystępowali do spowiedzi i komunii św. Dawali też ofiary na msze św., a szczególnie drobne ofiary do skarbonek kościelnych i jałmużnę dziadom”. Autor wspomnianego pamiętnika zauważył, że skarbonka „przed świętym Franciszkiem” o objętości może 1/2 korca bywała całkiem wypełniana drobną monetą, a pieniążki, nie mogąc się pomieścić we wnętrzu, wysypywały się z niej. W czasie tych odpustów znalezienie miejsca na nocleg bywało bardzo utrudnione, toteż „wielka liczba pątników przepędzała noc w zbitej masie na korytarzach klasztornych, a inni nocowali po domach mieszczańskich, na strychach, gdzie nawet słomy nie było i płacili za nocleg 5-10 centów”.
8 września 1909 r. – w dniu jednego z odpustów – w dzień Narodzenia Najświętszej Maryi Panny doszło w Leżajsku do poruszającego zdarzenia.
Jak to zwykle na odpusty ciągnęły wtedy całe rzesze pielgrzymów, ale i żebraków liczących na trochę zarobku. Obsiedli oni wszelkie ścieżki prowadzące do kościoła i odsłaniali swoje ułomności, aby ich widokiem wzbudzić litość przechodniów. Do czapek i glinianych misek padały obficie miedziaki, ludność wiejska jest bowiem litościwa zwłaszcza w miejscach odpustowych.
Pomiędzy pielgrzymami znalazła się pewna mieszkanka Leżajska. Od pewnego czasu zwracała uwagę na jednego z chłopców. Był on okaleczony w straszliwy sposób. Miał bowiem połamane ręce i nogi, przetrącony kręgosłup a nawet… obcięty język. Kiedy mieszczanka rzuciła chłopcu pieniążka ten przypatrzył się jej uważnie, zaczął coś bełkotać, a kiedy kobieta chciała odejść ten kurczowo złapał ją za spódnicę tak jakby chciał, aby pani przypatrzyła się mu dokładnie. Tak też uczyniła. Jakież było jej zdziwienie, kiedy rozpoznała w chłopcu swojego… siostrzeńca, który zaginął przed dwoma laty. Chłopiec rozpoznawszy ciotkę uczepił się jej i znakami dał kobiecie do zrozumienia, aby wezwała pomoc.
Pątniczka leżajska wezwała miejscową żandarmerię. Wkrótce policjanci natrafili na ślad starszego mężczyzny. Okazało się, że ów niegodziwiec kręcił się w pobliżu podcieni klasztornych „nadzorując” uważnie nie tylko wspomnianego chłopca ale i innych „swoich” żebraków. Co jakiś czas podchodził do nich i jakby nigdy nic opróżniał czapki lub miski z uzbieranych przez biedne, nieszczęsne kaleki monet. Mężczyznę aresztowano na oczach setek pielgrzymów. Kiedy chciano jegomościa przewieźć na miejscowy posterunek, policja z trudem musiała chronić bandytę przed linczem rozwścieczonych ludzi.

„Fabryka kalek”

Po przesłuchaniu okazało się, że mężczyzna porwał zaginionego przed dwoma laty chłopca, okaleczył okrutnie i dołączył do szajki żebraków swojej „fabryki kalek” – jak określiła jego poczynania jedna z ówczesnych krakowskich gazet. Szajka jeździła na odpusty do okolicznych kościołów, parając się niegodziwym procederem wyłudzania pieniędzy.
W tym samym dniu, po zakrojonych na szeroką skalę obserwacjach i opierając się na zeznaniach dodatkowych świadków znaleziono podobną, drugą ofiarę „odpustowego dziada” – chłopca, który żebrał na polecenie swojego podłego chlebodawcy.
Klasztor pozostał pod obserwacją policji, której udało się na pewien czas ukrócić niegodziwy proceder wyłudzania pieniędzy od pątników…

Arkadiusz Bednarczyk