Jaskółki wracają do gniazd

Fot. Archiwum

– Tak ważne jubileusze, jak: 75. i 80. urodziny świętował Pan z publicznością w Rzeszowie. Czy lubi Pan koncertować w naszym mieście?
– Uwielbiam, przecież to moje miasto. Po prostu kocham rzeszowską wspaniałą publiczność i mam nadzieję, że ona kocha mnie również. Ale to były dwa zupełnie różne występy. W 2016 roku, gdy miałem 75 lat, opatrzność dała mi takie szczęście, że mogłem zorganizować koncert, podczas którego miałem jeszcze siły, by śpiewać przez półtorej godziny wraz z moim zespołem i muzykami filharmonii. Natomiast podczas świętowania 80. urodzin mogłem już tylko recytować poezję i spotkać się z przyjaciółmi z czasów młodości.
– Dotknęła Pana choroba, która wpłynęła na sceniczną aktywność…
– W ostatnich latach z powodów zdrowotnych musiałem zawiesić występy. Jest to dla mnie bardzo trudne i często denerwuję się z tego powodu. Jednak po udarze, dzięki rehabilitacji bardzo szybko wróciła mi pamięć i udało mi się przejść przez tę chorobę. Miałem sparaliżowaną połowę ciała i w dalszym ciągu mam pewne kłopoty z ćwiczeniem głosu, by śpiewać. Jednak pamiętam, że jak tylko wróciła mi świadomość, uparłem się i w tym trudnym okresie, gdy byłem sparaliżowany, bez przerwy mówiłem wiersze Norwida, które w młodości recytowałem na konkursach. Dzięki temu, ominęły mnie częste u ludzi w tym stanie kłopoty z mową i afazja. I do tej pory w różnych programach ostrzegam ludzi, co może spowodować taka choroba i namawiam, by dbali o siebie. A czasem próbuję podśpiewywać sobie w zaciszu domowym.
– Na scenie spędził Pan ponad pół wieku. Jakie były początki Pana scenicznej kariery?
– Zaczynałem jako recytator. Byłem jakby nadwornym recytatorem Wojewódzkiego Domu Kultury w Rzeszowie, który wystawiał mnie na różne ogólnopolskie konkursy i festiwale recytatorskie, a ja czasem przywoziłem z nich nagrody. Miałem też wtedy okazję prezentować się publicznie w mediach. Polskie Radio Rzeszów dało mi w tygodniu 10-minutową audycję, podczas której na antenie mówiłem wiersze współczesnych polskich poetów, np. Edwarda Stachury i Bogdana Loebla. Wtedy go też poznałem. Był prezesem związku literatów w Rzeszowie i zapraszał mnie na spotkania z różnymi autorami, zwłaszcza poetami.
– Bogdan Loebl zasłynął później jako autor tekstów piosenek zespołów Blackout i Breakout…
– W 1965 roku byłem kaowcem, czyli pracownikiem kulturalno-oświatowym na poczcie i w tamtejszym klubie „Łącznościowiec”. Miałem tam salę i scenę, a moim zadaniem było stworzyć zespół młodzieżowy. We współpracy z Tadeuszem Nalepą założyliśmy zespół Blackout. Namówiłem wtedy Bogdana Loebla, by przyszedł do tego klubu na próbę, posłuchał grupy i może coś dla niej napisał. Początkowo nie bardzo go to interesowało, lecz stworzył tekst do pierwszej i drugiej piosenki i go to wciągnęło. Współpraca ta była bardzo fajna i powstały z niej wspaniałe perełki polskiej poezji, jako teksty naszej grupy. A Tadeusz komponował. Dobrze wspominam ten okres współpracy z Tadeuszem Nalepą, potem trochę się popsuło i poszliśmy każdy swoją drogą.
– Jakie to wówczas były czasy?
– Żyliśmy wtedy pod rządami komunistów i nawet najprostsze rzeczy mogły sprawiać trudności. Gdy wymyśliłem dla zespołu nazwę Blackout, to wezwano mnie do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, bym wytłumaczył, dlaczego grupie nie nadano nazwy na przykład Zielono-Fioletowi czy tym podobnej, ale taką dziwną i angielską. Ale jakoś dałem radę zaćmić im w głowach, że Blackout to znaczy zaćmienie i udało mi się ich przekonać.
– Dlaczego u szczytu kariery, będąc bardzo popularny w Polsce i odnosząc sukcesy międzynarodowe, zdecydował się Pan w 1975 roku na emigrację?
– Podczas kariery solowej rzeczywiście odnosiłem sukcesy, lecz jako młody człowiek buntowałem się. Nosiłem długie włosy i brodę, a na piersi miałem krzyż, co drażniło, przecież wkoło była komuna. Często też publicznie poruszano moje podobieństwo do postaci biblijnej, co denerwowało ówczesnych decydentów. W komunistycznym państwie nie uznawali oni żadnej świętości i z pobłażaniem mówili na mnie „prorok” czy „apostoł”. Któryś z nich powiedział mi nawet, że w następnym czasie wystąpię publicznie, ale tylko po jego trupie. I pomimo że zdobywałem nagrody za „Jaskółkę uwięzioną” w kraju i na zagranicznych festiwalach, to nie mogłem już koncertować ani występować w telewizji . Postanowiłem więc wyjechać do Ameryki, o czym już wcześniej myślałem, jeszcze gdy mieszkałem na Załężu, gdzie się urodziłem.
– I jak się Panu wiodło na obczyźnie?
– Gdy w końcu wyjechałem, to uznałem, że nie wrócę już do Polski i postanowiłem uczyć się Ameryki. Byłem wtedy ugodowo nastawiony i miałem wielkie szczęście od razu spotkać wspaniałych ludzi, którzy poznali mnie z miejscowymi polskimi muzykami. I po paru tygodniach zacząłem już występować w klubach. Potem też cały czas mogłem robić to, co najbardziej lubię, czyli śpiewać. I tak zarabiałem całkiem dobre pieniądze.
– Ale w końcu pojawił się Pan w Polsce…
– Początkowo myślałem, że już nigdy tu nie wystąpię, ale sytuacja i ustrój się zmieniły i pierwszy raz po 17 latach przyjechałem do kraju. Pamiętam, że wtedy spotkałem wspaniałych ludzi z Estrady Rzeszowskiej i razem w 1992 roku zrobiliśmy koncert: „Jaskółki wracają do gniazd”. Po kilku latach zrealizowaliśmy zaś kolejny projekt: „Wracam do korzeni”. Angażowałem wtedy młodzież, która ze mną wspaniale współpracowała i razem śpiewaliśmy piosenki. Obecnie dzielę czas pomiędzy Amerykę i Polskę, razem z Anią mieszkamy w Nowym Jorku, a w Polsce zatrzymuję się w moim domu pod Warszawą.
– A gdzie spędzi Pan Święta Wielkanocne?
– Wielkanoc chcę świętować w Nowym Jorku w rodzinnym gronie, razem z rodzicami Ani i przyjaciółmi, w polskiej tradycji i przy polskich potrawach. Chciałbym też wszystkim Czytelnikom Super Nowości i wszystkim rodakom życzyć zdrowych, spokojnych świąt, a także chwili zadumy nad naszym pędzącym do przodu światem, najlepiej przy dobrej piosence lub pięknej poezji.
– Dziękuje za rozmowę.