
Biały dym, zapach kiełbasy, znane szlagiery, ryk silnika i sympatyczne nawoływania handlujących. Tylko
giełda na Załężu ma taki klimat i tak długą historię. To tam ojciec zabierał syna, a potem on swojego. Giełda
stała się niedzielną tradycją wielu mieszkańców Rzeszowa i nie tylko. Jej zamknięcie to koniec pewnej epoki w mieście i regionie.
Zbigniew Nowicki od 15 lat sprzedaje drzewka owocowe na giełdzie w Załężu. Dojeżdża tu z miejscowości koło Dębicy. – Wstaję o wpół do czwartej rano. Wypijam kaweczkę, pakuję się i przyjeżdżam na godz. 5.15, kiedy zaczynają nas wpuszczać – opowiada.
Łukasz Ciszewski, też z okolic Dębicy, zajmuje się regeneracją turbosprężarek. Na giełdzie jest od 2008 roku, 50 razy w roku. Stoisko ma proste. Otwiera bagażnik i prezentuje turbosprężarki. – Mój kolega po fachu stoi z prawej strony śmietnika, a ja z lewej. Na jesień jest zwiększony ruch, potem na wiosnę. I nagle przyjeżdżają ludzie, którzy całą zimę nie jeździli i zastawiają nasze miejsce. No to zwraca się uwagę człowiekowi, a za tydzień znowu robią to samo
– relacjonuje Łukasz.
Paweł i Andżelika z okolic Krosna na giełdzie są już o godz. 6 rano. Na swoim stoisku mają urządzenie do ostrzenia noży. Przyjeżdżają do Rzeszowa co tydzień. – Ludzie pokonują nawet 150 km – nie kryją. – To jedyna większa giełda w regionie.
Już nie po auto, a na szaszłyka?
Wiesław i Renata z dwójką dzieci sprzedają w jednej z bud kiełbaskę i szaszłyki. Używają jeszcze uchylnej wagi sklepowej. Zaczynali w przerobionym kamperze z kilkoma namiotami. – Kiedyś sprzedawaliśmy też golonkę, ale nie schodziła – mówi pan Wiesław. Teraz kolejka po kiełbaskę, praktycznie się nie zmniejsza. Robią też zapiekanki, jest herbatka i kawa. Do kiełbasek darmowe dodatki: buraczki, chrzanik, ogórki kiszone, papryka, chlebek i bułeczka. Kiedy pytam, w jaki sposób dorobili się tylu klientów, pani Renata odpowiada: – A to trzeba ich pytać.
– Tu są ludzie na dwa razy: na godz. 8 i na godz. 10 – mówi Zbigniew Nowicki. – Niektórzy wstają rano, a niektórzy to śpiochy. Najpierw idą na szaszłyka. Bardzo dużo ludzi przyjeżdża tylko na niego, bo nie wszędzie można go kupić. W restauracji to nie wiadomo jak i co, a tutaj to naturalnie. Klienci widzą, co się dzieje. Pewnie i kielicha można wypić, ale ja nie piję, bo prowadzę
– zdradza.
-Kiedyś ludzie przyjeżdżali po samochody. Dzisiaj są tu ci, którzy lubią popatrzeć, coś okazyjnie kupić. No i na szaszłyki. To już nie ten czas, aby specjalnie przyjeżdżać po auto – zauważa pan Łukasz. – Dawniej wyjazd z giełdy o godz. 13 to był koszmar. Samochód za samochodem przez dwie godziny. Teraz już nie. Wyjazdy zaczynają się o godz. 11. O godz. 12 jest praktycznie pozamiatane.
Rządzi się swoimi prawami
Wytrawny obserwator wie, że przy głównej alejce są najdłużej handlujący. Tacy jak pan Jurek z Rzeszowa, który sprzedaje płyty CD i kasety. Ma dobry patent, bo ściąga uwagę puszczając muzykę z głośników. – Kasety magnetofonowe rzadko schodzą, ale czasem ktoś do samochodu kupi – mówi. Podczas naszej rozmowy klienci kupują muzykę sprzed 30 lat. – Urządzają poprawiny we własnym gronie, nie potrzebują orkiestry. Grają klimaty, które kiedyś były popularne, a i teraz są na topie.
Można wyróżnić też sektor z autami, sektor gastronomiczny, odzieżowy, miszmaszowy, z rękodziełem… – Podział na gastronomię czy motoryzację zrobił się sam. W jednej części po prostu jest infrastruktura pod gastronomi przy głównej alejce. Natomiast cała organizacja giełdy działa się sama. Kiedyś było więcej szkółkarzy, czy ludzi z drzewkami. Teraz jest ich mało. Organizowali się tak, aby być koło siebie. My z częściami do samochodów też. Były przypadki, że ktoś koło nas rozstawił się z chińszczyzną – tłumaczy Łukasz Ciszewski.
Wędrowała po mieście
Pan Jurek uważa, że giełda przez 36 lat się nie zmieniła. – Nic poza dosypaniem nawierzchni. Dawniej wysypywali żużel z huty. Kiedy wracałem, to byłem cały czarny. Wystarczyło, że zawiało. Teraz jest lepiej, ale jak poleje, to znowu jest błoto – twierdzi. Jak zauważa, kiedyś na Załężu nie było tyle odzieży. – Bo panie przyjeżdżały raczej w charakterze osób towarzyszących.
Pierwsza giełda była na parkingu na Placu Wolności w Rzeszowie. Tam, gdzie teraz jest skwer, był parking. Później przeniosła się na parking przy Cmentarzu na Wilkowyi. Tam, nie było jeszcze pochówków, był cmentarz wybudowany i był parking. Zaczęły się pochówki, więc giełdę przenieśli na ul. Przemysłową (ulica była zamknięta), potem na parking WSK pod Lisią Górę, stamtąd na ul. Rejtana i w końcu na Załęże.
Twórcą giełdy jest Marek Rak. Wymyślił ją w wieku 27 lat. – Gdy ruszaliśmy i weszliśmy w to orne pole na Załężu, to wszyscy pukali się w głowy. A, że daleko, że wioska, że nikt tam nie pojedzie – wspomina. – A przez te 36 lat jednak ktoś jeździł, giełda pękała w szwach. Miliony ludzi nas odwiedziło. Bum motoryzacyjny po zmianie ustrojowej, przeszedł przez giełdę jak tajfun. Teraz to się zmieniło. Rynek wtórny samochodów kuleje – ocenia. Obecnie jest prezesem spółki ZRB Społem, która zarządza giełdą i jest właścicielem terenu, na której giełda się odbywa. Przez te wszystkie lata w każdą niedzielę tu pracował. – Zajmuję się motoryzacją. Moje wykształcenie to studia wyższe: budowa i eksploatacja pojazdów samochodowych. Hobbistycznie zajmuję się też starymi samochodami i motocyklami. Motoryzację mam we krwi – mówi.
Świat się zmienia
Koszt wjazdu na giełdę od 20 lat nie był podnoszony – to wciąż 30 zł. – Dlatego tyle trwała, a inne popadały – twierdzi Marek Rak. Czy nie żal mu dorobku życia? – Oczywiście, że szkoda. Ale nic nie trwa wiecznie. Jak to powiedział mój kolega, do wypożyczalni kaset wideo też nikt z nas już nie chodzi. Świat się zmienia, struktura handlu się zmienia. Koszty rosną. Poza tym przyjęliśmy inną strategię rozwoju – twierdzi. Szczegółów nie zdradza, bo to tajemnica handlowa. – Jesteśmy spółką prawa handlowego i wspólnicy decydują, w którym kierunku firma ma iść.
Jak dodaje, giełda nie zostaje zamknięta. – Zostaje przeniesiona do Skołoszowa. Jest to Giełda Wschód, 65 km od Rzeszowa. Dogodny dojazd autostradą. Jest to jedyne możliwe miejsce do zorganizowania giełdy z uwagi na potencjał terenu – zachwala Marek Rak.
Co na to handlujący? Zbigniewowi Nowickiemu nie za bardzo uśmiecha się podróż z Dębicy do Skołoszowa przy obecnej cenie paliwa. Zastanawia się nad przeniesieniem się na giełdę do Kielc, ale w sumie… to jedna droga.
Pan Łukasz czuje lekki niepokój.
– Wiem, że świat się zmienia – mówi.
– Nie powiem, żebym był załamany, ale zadowolony też nie jestem…
Pan Jurek zamierza przenieść się na targowisko przy Dworaka. Małżeństwo Wiesława i Renaty zamyka swoją gastronomiczną historię. Bo w tygodniu zajmują się czymś innym.
Co z terenem na Załężu? Prawdopodobnie zostanie sprzedany inwestorowi z Warszawy. Już wystąpił on o pozwolenie na budowę budynku handlowo-usługowego.
Nie chcą pogodzić się z tym klienci. W ostatnią niedzielę napisali nawet petycję do prezydenta miasta z prośbą o interwencję. Można było się na niej podpisać w toalecie.
– Wiem, że wielu ludzi miało to przez lata tu miejsca pracy. Żyli z handlu. Płaciłem podatki i do budżetu miasta, i do budżetu państwa. Ci, którzy zarobili na giełdzie niemałe pieniądze, są mi wdzięczni – kończy Marek Rak. – Miło, kiedy ktoś podchodzi i mówi, że szkoda tego miejsca…
Kinga Dereniowska


