
Skromny i uczynny. Śpiewano o nim i pisano. Gdyby żył, w maju skończyłby 100 lat. Władysław Nadopta to prawdziwa legenda naszych gór. Nimi żył i tylko w nich chciał zostać. Dziś jest szansa, by upamiętnić „Majstra Biedę” i postawić mu w Wetlinie własną ławeczkę. Trwa zbiórka na ten cel…
– Zadzwonił do mnie Andrzej Łukaszczuk, emerytowany sołtys z Wetliny, z propozycją ustawienia gdzieś w tej miejscowości „ławeczki Władzia Nadopty” – opowiada Edward Marszałek, rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych. – Od razu powiedziałem: świetny pomysł.
Inicjatorzy upamiętnienia legendarnego bieszczadnika znaleźli stosowne miejsce w Wetlinie – w ciągu spacerowym, niebędące lasem, a pozostające w zarządzie Nadleśnictwa Cisna. – Znajdziemy formułę prawną dla posadowienia ławeczki – obiecał tamtejszy nadleśniczy, Jan Podraza.
Artystyczną wizję ma już prof. Jacek Kucaba, rzeźbiarz, autor m.in. postaci Wojtka Belona na ławeczce w Busku-Zdroju: – To nie może być jedynie pomnik Władysława Nadopty, opisywanego, jako zakapior. Bo Władek nie pił denaturatu, nie spał po rowach, nie wysiadywał pod sklepem, nie prosił nikogo o wsparcie. Miał za to w sobie tyle ciepła, filozoficznego piękna, że chwytał za serce – podkreśla twórca pomieszkujący w Bieszczadach. – Chciałbym oddać w zimnym metalu ciepło jego postaci.
Była mieszkanka Cisnej, która znała „Majstra Biedę” przed laty – Agata Basaraba – zorganizowała grupę inicjatywną i zrzutkę na ten cel. Każdy może do niej dołączyć na stronie zrzutka.pl („Majster Bieda. Pamiątkowa ławeczka w Wetlinie”).
– Czekamy na podpisanie stosownego porozumienia jako strona społeczna, czujemy się bowiem zobowiązani do pamięci o naszym zacnym Przyjacielu sprzed lat – mówi Przemysław Barczentewicz, prezes zarządu Grupy Bieszczadzkiej GOPR.
Przychylna sprawie jest też Wolna Grupa Bukowina, zespół założony przez Wojciecha Belona, twórcę piosenki „Majster Bieda”. – Do dziś wspominam ten ostatni koncert na festiwalu „Bieszczadzkie Anioły”, gdy Władek pojawił się w Górnej Wetlince, a my śpiewaliśmy nie tylko o nim, ale i dla niego – mówi Wacław Juszczyszyn, lider Bukowiny, wykonujący kultowy utwór już od ponad pół wieku. – Pomysł ławeczki przyjęliśmy z entuzjazmem i będziemy o nim mówić podczas naszych koncertów, dając ludziom sposobność do wsparcia jego realizacji.
Pomysł taki podsunął też wcześniej Ludwik Pińczuk w książce Edwarda Marszałka „Lutek, co miał szałas na Połoninie”: – Nadopta często zaglądał na połoninę, bo po noclegu, o świcie ruszał na jagody, czasami koczował tam całymi tygodniami – wspomina wieloletni gospodarz „Chatki Puchatka”. – Przychodził też pod koniec zimy, by ruszać za zrzutami i wracał dopiero, jak zaczynały się jagody. Powinien mieć taką ławeczkę, gdzie mogliby przysiąść turyści i posłuchać piosenki „Majster Bieda”.
Ciągnęły go jagodziska
Gdyby żył, w tym roku obchodziłby sto lat! Urodził się we Lwowie, 15 maja 1922 r. w Święto Polskiej Niezapominajki. Życie, Majstra Biedy, było niezwykłe. – Las i połoninę „znał jak pięć palców, jak szeląg zły”, bo spędzał tam dni i noce. Bywało, że gdy się za zrzutami jelenimi zapędził w dolinę Sanu, na ostatnich nogach docierał do schroniska w Jaworcu, by zostawić sobie „depozyt” i po dniu regeneracji ruszyć w masyw Falowej – opowiada Edward Marszałek. – Władek, choć kręcił się najczęściej między Wetliną a Ustrzykami Górnymi, znał się z miejscowymi od Łupkowa po Czarną, zaglądał też w dolinę górnego Sanu, gdzie onegdaj o zrzuty było łatwiej, a ciągnęły go też jagodziska Kińczyka i Halicza, mniej dostępne i wyzbierane przez innych.
Pod Małą Rawką długo miał szałas, a gdy zbudowano schronisko, – własną budę, ocieplone legowisko i tam najczęściej przesiadywał. – To taki prawdziwy człowiek gór, tylko nimi żył i tylko w nich chciał zostać. Napisano o nim niejeden artykuł w gazecie, niejedno opowiadanie, wielu chciałoby mieć z nim kontakt, ale on potrafił nawet w czasach swej wielkiej sławy, unikać jej skutków i rzadko bywał w oficjalnych okolicznościach – wspomina Lutek Pińczuk.
„Majster Bieda” był wielkim przyjacielem goprowców, często zaglądał na dyżurkę w Ustrzykach Górnych, w Jaworcu czy pod Tarnicą. Bywało, że gdy ratownicy szli na akcję, zostawał przy radiotelefonie stacjonarnym, pomagając w utrzymaniu łączności. Był odznaczony honorową odznaką „za zasługi dla Ratownictwa Górskiego”, jako jedna z nielicznych osób niebędących ratownikiem GOPR.
Zmarł w czerwcu 2005 r. w Domu Pomocy Społecznej w Moczarach. Zaledwie kilka dni wcześniej wyszedł ze szpitala w Sanoku, gdzie leczył astmę, a tu okazało się, że serce odmówiło posłuszeństwa. – Trumnę z Władkiem Nadoptą ponieśliśmy w kilku goprowców na kwaterę w odległej części cmentarza w Jasieniu koło Ustrzyk Dolnych. Nad grobem zaśpiewaliśmy mu „Czerwony pas”, Władek lubił te huculskie nuty, bo przecież pochodził ze Lwowa. Nie zdążył powiedzieć przed śmiercią, gdzie chce być pochowany, choć pewnie widziałby się gdzieś w Wetlinie czy na Berehach Górnych – kończy Lutek opowieść.
– Skoro „Majster Bieda” nie może leżeć na cmentarzu w Wetlinie, niech swoją postacią przypomina o bieszczadnikach sprzed lat – podkreśla Edward Marszałek. – Niech przyjdzie „zieloną wiosną” do Wetliny i siądzie na oczyszczonym z zielska przydrożu, patrząc na niepusty gościniec, kładąc obok swój skromny plecak, może łubiankę z grzybami czy jagodami… Niech przycupnie nieopodal sklepu, by przypomnieć czasy ludzi wolnych. A ludzie dobrej woli – wierzę w to święcie – pomogą w tym powrocie.
anja
Link do zbiórki:


